RSS
wtorek, 14 listopada 2017
Te kilka rzeczy o macierzyństwie

1. Świat się przewraca DO GÓRY NOGAMI. Wszystko się zmienia o 180 stopni

Banały, które powtarzają dosłownie wszyscy dzieciaci, a które – jak to banały – nie mówią nic. Albo wypuszcza się je przeciwnym uchem, niż się je wpuściło. Zwykle wypowiadają je tonem wtajemniczenia (ale i wyższości) świeżo upieczeni rodzice, z poczuciem misji przyuczenia i przestraszenia ciężarnej pary.
Reagowałam na te teksty pobłażliwie. Że są to takie polskie straszaki, takie nasze narodowe czarnowidztwo, żeby wbić szpilę szczęśliwym ludziom, żeby aby za szczęśliwi nie byli. Albo znów podchodziłam do tego z wyższością z mojej strony, czyli U NAS tak nie będzie. Nie jesteśmy już rozwydrzonymi, nieogarniętymi małolatami, tylko stabilnymi i zorganizowanymi ludźmi po trzydziestce. Mistrzowie logistyki i planowania. „Wyszaleni”, napodróżowani, bez tęsknot do rozrywek, bo mieliśmy ich już na tony. Ha, to my! A nasze dziecko na pewno będzie ciche, miłe i spolegliwe.
Ta pycha została ukarana przykładnie, bo nasz syn przez pierwsze 6 tygodni życia pokazał nam, że owszem, wytarty tekst o przewracaniu rzeczywistości do góry nogami to najczystsza prawda. Da się. On potrafi J

Miał alergię na białko mleka krowiego, wykrytą po tych 6 tygodniach. Tak więc – po moim pokarmie płakał, drapał się, miał wysypki i mnóstwo strzelających jak z armaty kupek w ciągu dnia. Sen – bardzo kiepski. Jego i nasz.

Tak, rzeczywistość się zmieniła o 180 stopni.

  • Sen – z rzadka, porcjowany. Czuwanie. Nasłuchiwanie jęków dziecka. Najgorsza bezsenność, czyli: po co mam zasypiać, skoro zaraz mały mnie zbudzi. Nie wiedziałam, że tak źle sypiając będziemy z mężem źli na siebie i na świat. Że będziemy skołowani, ogłupiali, warczący na siebie nawzajem. Że najprostsze czynności będą wyzwaniem, a najmniejszy problem urośnie do rangi katastrofy. Sen jest kurde strasznie ważny w funkcjonowaniu, potwierdziłam tą tezę należycie.

  • Jedzenie – gdy słyszałam opowieści, że noworodek nie pozwala rodzicowi zjeść w ciągu dnia i nawet zrobić sobie głupiej kanapki – nie wierzyłam. To jakaś nieudolność i nieogarnięcie! No i na własnej skórze zaznałam tego, że małe dziecko może wymagać takiej uwagi, że nie masz czasu na zjedzenie śniadania. O planowaniu zakupów, ich zrobieniu i ugotowaniu obiadu nawet nie wspominam. Prawie zbankrutowaliśmy na jedzeniu na wynos w pierwszym miesiącu życia. Ale jeśli dziecko płacze non stop, nie sposób go odłożyć i jest w miarę spokojne tylko noszone na rękach, śpi po 20 min przy ABSOLUTNEJ ciszy to jak tu gotować, szykować, jeść? Słynna jest już u nas historia z jedzeniem na dziecku i wysmarowaniem go przypadkiem wędzoną makrelą po główce.

  • Higiena – że niby się z małym dzieckiem nie umyjesz, nie weźmiesz prysznica, dłuższa posiadówa w toalecie – no way. Makijaż, manicure, maseczka, pedicure, ułożenie włosów? zapomnij. Tu przyznam, że nie odpuściłam podstaw. Prysznic co rano, mycie włosów, zębów, wysmarowanie całego ciała i golenie niezbędności skróciłam do niezbędnego kwadransa, ale te czynności odbyć się muszą. Dla własnego zdrowia psychicznego. I fizycznego, bo mój poród i pierwsze tygodnie z noworodkiem przypadły na okres największych upałów w Polsce od dawna: 3 tygodnie powyżej 30 stopni (a bliżej 35 stopni) to był po prostu koszmar przy uwięzieniu w domu z dzieckiem. Włosów już nie suszyłam, makijażu przez ponad miesiąc nie zaznałam (a bardzo lubię i jest to dla mnie forma relaksu), manicure, pedicure – niet. Fryzjer – bez szans (zresztą po co – włosy zaczęły wypadać tydzień po porodzie i dalej wypadają, już 4 miesiące).

  • Rozrywki, hobby, odpoczynek, własne małe rytuały, spotkania towarzyskie – no cóż, wszystko to jest na ostatnim miejscu, jeśli jakimś cudem uda się spełnić podstawowe potrzeby triady sen-jedzenie-higiena to MOŻE masz na coś siły i czas. Uratował mnie kindle. Wzbraniałam się przed nim wiele lat, bo kocham książki papierowe, ich zapach, wygląd na półce, zbieractwo. Skończyło się, gdy na półce zabrakło miejsca i po próbie czytania 900-stronicowej knigi nad główką noworodka o trzeciej w nocy podczas karmienia piersią. Kindle jest cudownym wynalazkiem i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego życia, choć żal po tworzeniu latami pięknej biblioteczki pozostał. Kolejna rzecz to Netflix. Koniecznie podpięty do telewizora z opcją smart, inaczej sensu nie ma (odtwarzanie z komputera wymaga sterowania myszką na komputerze, a nie pilotem. Oglądanie filmów na smartfonie czy tablecie to też nie jest satysfakcjonujące doświadczenie). Tysiące filmów, seriali, dokumentów – coś pięknego dla świeżo upieczonej matki. Minusem jest natężenie dźwięków i miganie obrazu, które może irytować dziecko.

  • Hobby i własne rytuały np. niespiesznie jedzone śniadanie z gazetką, radiem, smażonymi naleśnikami… Hmm, na jakiś czas trzeba je niestety zawiesić, ale niekoniecznie rezygnować. Po okresie czarnowidztwa „to koniec! Koniec MNIE! Została tylko orka przy dziecku bez moich drobnych przyjemności” widzę światełko w tunelu, że im dziecko starsze tym więcej można. Nawet zrobić szybki makijaż przed spacerkiem ;) 

  • Spotkania towarzyskie – na pewno znajomi się rzucą do odwiedzin nowonarodzonego, ale nie są to już spotkania JAK KIEDYŚ. Długie, głośne nasiadówy, często z alkoholem, muzyką, graniem w gry. Obecnie znajomi porozczulają się nad dzieciątkiem, wręczą rytualnie prezent i po godzinie ich nie ma – bo zaraz przecież kąpiemy, lulamy, karmimy. Nawet wyrwanie się do miasta na kawę z koleżanką kończy się szybko jeśli karmisz piersią. A jeśli nie karmisz to i tak świeżo odkryty instynkt macierzyński i nowo odkryte lęki o dobrostan dziecka pognają cię do domu, czy żyje, oddycha i ojciec podołał godzinie opieki ;)


2. Karmienie piersią i terror laktacyjny

Moje podejście w ciąży do karmienia piersią było luźne, ale na plus. Chcę karmić piersią, owszem. Bo to zdrowe dla dziecka i matki, bo może unikniemy alergii (których ja mam krocie), wzmocnimy odporność, oszczędzimy kasę i czas na zabawie w mleko modyfikowane i butelki. Ale JEŚLI by się nie dało (z mgliście niesprecyzowanych powodów) to ok, damy radę. Ja, moje siostry, pokolenie lat 80. było na butli chowane, taki trend i szybkie powroty matek do pracy wymusiły sytuację. Żyjemy i jesteśmy zdrowi. No, ale wiadomo – breast is best.
W szpitalu przystawiłam swojego noworoda kilka godzin po cesarce. Ssał jak odkurzacz, całkiem przypadkiem przystawiałam go od początku bardzo dobrze. Moje piersi okazały się być stworzone do karmienia, choć mała asymetria wymagała trochę gimnastykowania się przy jednej stronie. Nie pękały mi sutki, nie miałam ran, bólu, dyskomfortu. Nie wiedziałam, że Mały był dokarmiany mieszanką na oddziale noworodków, a i potem pielęgniarki sugerowały dokarmianie. Rozdawały małe, jednorazowe buteleczki – żeby dzieci spały, żeby na oddziale była nocami względna cisza, żeby wszyscy choć odrobinę mogli odpocząć – i matki, i dzieci, i one – pielęgniarki. Tak więc z mgłą w głowie, mimo że wcześniej czytałam i wiedziałam, że dziecko na początku nie potrzebuje Bóg wie ile mleka, odrobina siary z piersi wystarczy – dawałam dziecku te buteleczki. Karmiłam piersią, a potem na dobitkę/na sen – 15-20 ml mieszanki. Nie wiem czemu, tzn wiem – żeby lokatorka z pokoju i jej dziecko spało (też dawała butelkę), żebyśmy my pospali… Bo taki był „trend” na oddziale? Wygodnictwo? Konformizm? Nie wiem. Doszedł potem argument żółtaczki, przez którą nas nie chcieli ze szpitala wypuścić (dokarmiać! Płyny podawać!). Trzeciego dnia po cesarce zauważyłam wreszcie krople CZEGOŚ na sutkach. Popłakałam się, bo w otumanionym hormonami mózgu zapadła już czarna jak smoła żałoba po laktacji. Nie mam mleka i już! A przecież po cc to nie jest wcale takie szybkie…
W domu staraliśmy się ograniczać butelki, ale mały łapczywiec już się rozkręcił z apetytem. Było ciężko. Nawału nie miałam nigdy, stąd teza, że mleka mam mało, laktator ledwo-ledwo 30-40ml ściągał. Być może to była prawda, mimo godzin spędzonych z dzieckiem na kanapie, które ssało godzinę-półtorej, przysypiało i zaraz po skończeniu ssania było głodne. Skołowana stwierdziłam, że mam mało pokarmu. A on przypuszczam, że tak często po prostu musiał jeść, że noworodki chcą tak często, bo tak już mają J I że karmienie piersią to na początku gigantyczne poświęcenie ze strony kobiety.
GIGANTYCZNE.



Właśnie podczas karmienia piersią dochodzi do sytuacji: nie mam czasu na siku, na prysznic, na kanapkę. Wrastasz w kanapę, stapiasz się z nią. Burza hormonalna wpędziłaby cię w depresję nawet gdyby mieć rajskie warunki, dwie nianie i stado mam, cioć na podorędziu – a gdy się siedzi godzinami samemu w domu z noworodkiem, który nie pozwala ci wstać (bo zaczyna wyć jak syrena alarmowa) to deprecha uderza  ze szczególną siłą. Wylałam morze łez. Nad sobą, nad dzieckiem, wyłam za utraconym życiem, tożsamością, sobą. Bo jest się wymieniem leżącym na kanapie, podłączonym na stałe do noworodka. To nienormalne.  Psychicznie nie mogłam temu podołać.

Cegiełkę dołożyła położna środowiskowa, kobieta sympatyczna i dziarska. Ale ta jej dziarskość i laktacyjny terroryzm (nie skierowany we mnie bezpośrednio, ale w szpital, który miał mi na starcie zepsuć laktację przez podawanie mieszanki – we mnie pośrednio, że się na to zgodziłam) zmięły mnie jeszcze bardziej. Zasugerowała marszcząc brwi, podnosząc ton i machając palcem, żeby przejść tylko na pierś. Umęczymy się (tzn – ja się umęczę), ale damy radę. Mleka mam mało, bo dziecko było dokarmiane butlą. Pierś po ściśnięciu wydawała smętne kropelki, nie było mowy o słynnych strugach, nawałach, moczeniu stanika. Nic z tych rzeczy.
W Internetach Hafija grzmi i prowadzi do boju o KP armię wojowniczych matek, które od leniwych i gorszych wyzywają te, którym się nie udało. Atak laktacyjny był z każdego miejsca w Internecie, które karmiąca non stop dziecko matka otwiera w swoim smartfonie. Wszystkim się udaje, każda matka ma pokarm.
Zawzięłam się i (częściowo) się udało. Mały dostawał małą butelkę tylko na noc, bo wtedy jako-tako przesypiał noce, a my jako-tako dzięki temu żyliśmy. Wstyd nam było tej butli. Mnie łamała ona serce co wieczór, była wg mnie symbolem mojej macierzyńskiej porażki. Dni były niekończącym się siedzeniem na kanapie, w tonie poduszek, z przyssanym non stop dzieckiem. Każde moje siku czy kanapka miała tło dźwiękowe w postaci jego płaczu.
Badana u Małęgo żółtaczka nie ustępowała, pojawiły się krostki na policzkach i szyi dziecka. Było bardzo chude. A ja dalej uparcie karmiłam piersią – z jednym wyjątkiem na 60-90 ml w butli na noc.
Wszystko się skończyło po 6 tygodniach.
Dziecko ledwo dobiło do dolnej normy przybrania na wadze. Krosty były coraz gorsze, sen niemal przestał istnieć, dziecko non stop płakało, wyło, miotało się, kupy były nawet częściej niż u przeciętnego noworodka. Nasze życie było jednym pasmem udręki – w piękne, polskie lato i upały 35-stopniowe – a i Małego też nie wyglądało różowo. Lekarz wreszcie zdiagnozował uczulenie na nabiał mleka krowiego (a żywiłam się wtedy głownie serkami wiejskimi, serem żółtym i  jogurtami), kazał dokarmiać specjalnym mlekiem na receptę dla dzieci ze skazą białkową.

Z dnia na dzień życie zaczęło być piękne.

Mały przestał ciągle płakać. Przestał się ciągle miotać. Zniknęła powoli wysypka i straszne krosty z buzi. Kupy zaczęły wyglądać bardziej poprawnie i nie były tak częste. Zaczął przybierać na wadze nawet 400g tygodniowo (! Musiał ewidentnie nadrobić) i nie wyglądał już jak żółte chucherko z Oświęcimia L Odpadł mu wreszcie kikut pępowinowy (tak, miał kikut ponad 4 tyg).
Wróciłam do systemu: pierś i po niej butla. Mały się najadał, był radosny, zaczął się rozwijać, bawić, reagować.

Tak więc – PIERŚ NIE ZA WSZELKĄ CENĘ.

Sorry Winnetou, ale laktacyjny terror, moje wyrzuty sumienia i lęki spieprzyły mi pierwszy okres macierzyństwa. To i skaza białkowa, bo Mały nie przyswajał dobrze ani mojego mleka, ani tego co mu podawaliśmy w butli raz na dobę.
Podziwiam wszystkie kobiety o żelaznej psychice i sile woli, które mogą siedzieć pierwsze 2 miesiące życia dziecka i je karmić bezustannie, bo po przepytaniu koleżanek dowiedziałam się, że po prostu TAK TO WYGLĄDA na początku. Później dziecko się przysysa na kwadrans i jest najedzone na trzy godziny. Wcześniej je na żądanie, co najczęściej jest jedzeniem non stop, może z 30-45min przerwą.
Obecnie Mały zgadza się (tak – a jego nie zgadzanie się jest bardzo donośne i nie do pomylenia z niczym) na pierś raz, maksymalnie dwa razy na dobę. Bardziej jest to kizi-mizi, tulenie, ciepło niż realne jedzenie. Ale zawsze coś tam wypije, bo pokarm dalej mam, choć wiele tego nie ma.

 c.d.n.

sobota, 14 października 2017
Witamy po drugiej stronie

Zacznę banalnie – dawno mnie tu nie było.

Mija właśnie czwarty miesiąc odkąd urodził się pierworodny (prawdopodobnie – „jedynorodny”, bo prędko za drugie dzieciątko się nie zabierzemy), codzienność weszła na tory nowej rutyny. Rutyna brzmi nudno, źle, nijako, ale naprawdę – czekałam na moment tej małej stabilizacji jak kania dżdżu.

Synek urodził się finalnie poprzez cesarskie cięcie, mimo wywoływania przez dobę porodu siłami natury. Nie wiem co mają z naturą wspólnego dwie kroplówki oksytocyny i balonik rozszerzający sztucznie szyjkę macicy, ale skończyło się – na szczęście – cesarką.  Na szczęście, bo zaliczyłam poród 2w1, a skurcze o skali przekraczającej skalę dające rozwarcie ledwo 1 cm to nie jest coś, do czego kiedykolwiek bym  chciała wrócić.
Long story short – dziecko zdrowe, urodzone  w szczyt upalnego lata, szpital względnie cywilizowany jak na polskie warunki, choć o kulturze czy empatii lekarzy mogłabym cokolwiek powiedzieć (ale nie w retoryce Patryka Vegi). Nieważne, było minęło – wszystko skończyło się dobrze.

Moje Hashimoto i wieloletnia niedoczynność mimo moich dobrych wyników  w trakcie ciąży zaowocowały wysokim TSH u dziecka (badanie w 2 tyg życia – TSH 13,4), pediatrzy asekuracyjnie kazali iść do endokrynologa dziecięcego. Na szczęście mój endokrynolog kazał się wyluzować i powtórzyć badanie za miesiąc, bo organizm dziecka reagował na moją chorą tarczycę i z czasem, już jako samodzielny organizm, powinien się wyregulować. I rzeczywiście tak było, bo 6-tygodniowy synio miał już TSH 3,2.

Po porodzie moje TSH też cały czas było niskie, na szczęście nie popadłam w poporodową nadczynność tarczycy, zeszłam z dawki 125 do 100. I zaczął się dramat włosowy, tzn włosy dotąd wychodzą garściami. To nie przesada – GARŚCIAMI. Cały dom usiany moimi włosami, każdy odpływ odtykany jest i zalewany kretem przynajmniej raz na tydzień. Dramat, prześwity mam już ogromne i niby wszyscy uspokajają, że to normalne i mija, to u mnie to nie musi być tylko poporodowe, tylko też tarczycowe. Coś mnie tam pocieszają koleżanki też poporodówki, którym też włosy się posypały.

Waga – zleciała w dół bardzo szybko, co mnie ucieszyło niezmiernie. Tydzień po porodzie było prawie 10 kg mniej, w sumie przybyło mi 15 kg. Do wagi przedciążowej wróciłam po 6 tygodniach i potem waga stanęła i stoi dalej jak zaklęta. Jeszcze karmię piersią (jeszcze, bo obecnie Mały przeżywa bunt), ale też karmię mieszanie, czyli dokarmiam mlekiem modyfikowanym. Nie mam więc tego słynnego zapotrzebowania kalorycznego matki karmiącej, co to ma nawet 500 kcal dziennie więcej potrzebować. Dokarmiamy, bo dziecko przez pierwsze 6 tygodni życia ledwo przybrało na wadze, okazało się, że ma uczulenie na białko mleka krowiego, stąd decyzja lekarza żeby dokarmiać specjalnym mlekiem dla alergików i ja odstawiłam nabiał. Chłopaczek zaczął przybierać po 400-500g tygodniowo (!) po tej decyzji, więc szybko wrócił do normy i rośnie jak szalony.

Także życie płynie, na szczęście wszyscy zdrowi, nawet – o dziwo – śpiący w miarę ludzkie porcje w ciągu nocy. Jako oczywiście matka kupująca (karmienie w nocy i kompulsywne kupowanie wtedy w Internecie to nie mit) mam na koncie sporo dziwnych produktów nietrafionych i sporo strzałów w dziesiątkę. Pewnie się tym zajmę później, bo o pasach poporodowych czy stanikach do karmienia dla biuściastych mało da się przeczytać konkretów.

wtorek, 13 czerwca 2017
Finał - ciąża z Hashimoto i PCOS

Za 3 dni termin porodu - na razie objawów brak, więc biorąc pod uwagę że to pierwszy raz ciąża może być nieco przenoszona. Oby nie, ale chwilowo wszystko na to wskazuje.

Podsumowując: 33 lata, +13 kg na plusie, w ciążę zaszłam po 3 miesiącach starań - z moją niedoczynnością tarczycy, Hashimoto i syndromem policystycznych jajników na dokładkę.
Dziecko zdrowiutkie, moje wyniki badań - idealne. TSH w granicach 1-1,5, dawka Letroxu zwiększona ze 100/112 do 125. Po ciąży mam wrócić do 100.

Mimo insulinooporności i tendencji do szaleństwa cukru we krwi (byłam na pograniczu cukrzycy ciążowej), dziecko zapowiada się na niezbyt wielkie, okolice 3,2-3,5 kg. A biorąc pod uwagę właśnie cukier i gabaryt mój i męża lekarz spodziewał się klocka powyżej 4 kg. Planuję rodzić naturalnie, nie ma przeciwwskazań. 

Samopoczucie super, tak samo włosy, skóra. Zobaczymy jak będzie po porodzie, chwilowo poza kilkoma drobnymi rozstępami (które wyszły złośliwie dopiero w 9 miesiącu, mimo dużego dbania o skórę brzucha) i biustem większym o trzy rozmiary wszystko gra. 13 kg na plusie jest bardzo w normie biorąc pod uwagę moje prawie 180 cm wzrostu to mam tylko doklejony brzuch i tyle.

Zastanawiam się nad ciągiem dalszym tutaj, na pewno wrzucę wpis porodowy, wpis połogowy i jak się będzie kształtować temat wagi pociążowo. 
Mam też pomysł na ciążowe hinty, typu ubrania na ten czas i po porodzie, podobnie pielęgnacyjne (rozstępy!), karmieniowe, czy choćby bardzo demonizowany temat pasów poporodowych, które mam zamiar testować aktywnie na sobie (mam przykład w rodzinie stosowania i niestosowania takiego ustrojstwa. Stąd mocna decyzja że tak, będę korzystać z pasa poporodowego). Dużo w internetach sprzecznych opinii (nawet między specjalistami typu lekarze, położne czy fizjoterapeuci - ?!) i kontrowersji. 

A tu radosna, ciężarowa Ciara :) Może aż tak mi ciepło na duszy nie jest (stres przeważa), ale i tak: keep calm and deliver this baby.

środa, 12 kwietnia 2017
Trzeci trymestr, body image i samoocena

Płynę sobie spokojnie przez ciążowe tygodnie, obecnie zaczynam tydzień 31 - czyli kończę 7 miesiąc.

Czas leci bardzo szybko, wręcz niespodziewanie - po początkowej ekscytacji i obserwowaniu każdego objawu teraz gigantyczny brzuch i ciągłe wiercenie się dzieciora (potwierdzony syn) nie robią na mnie większego wrażenia :) Dziecko zdrowe, ja - niemal okaz zdrowia, ciąża jak dotąd mija bez żadnych dolegliwości i problemów (odpukać). Śpię dobrze mimo wielkiego brzucha, nawet liczne sikania nocne nie są dla mnie problemem, po prostu wracam dalej spać. Brzuch nie dusi, może dlatego że mam prawie 180cm i mam trochę więcej powierzchni niż niższe kobiety na zgniatanie narządów ;) 

Jako osoba startująca już z nadwagą nie mogłam przybrać zbyt wiele i jak dotąd - nie jest źle, bo tylko +9 kg. Jem jak mi w duszy gra. A że gra mi na ryby, pomidory, śliwki-renklody i ryż na mleku, więc nie jest źle. Jak mam ochotę na słodycze to je jem, ale nie jest to dzika żądza, nagły spadek cukru we krwi i wilczy apetyt na tabliczkę czekolady zagryzioną ciastem z kremem. Jak nigdy niemalże: jestem w stanie zjeść rządek czekolady raz na dzień - z kompletnym brakiem emocji, refleksji i myśli na ten temat.
Jakie to fajne! Oby tak już zostało...

TSH mi skoczyło powyżej 2, lekarz podniósł nieco dawkę Letroxu, także tarczyca jest grzeczna i mam TSH 1-1,5. Włosów grzywa (od przed-menstruacyjnych czasów takie gęste nie były...), cera bezproblemowa (komplementy za ciążowy "glow" się sypią, owszem), rozstępów nie odnotowano. Biust mam z natury spory, szczęśliwie rozmiar skoczył tylko oczko w górę, bałam się nagłego wyrzutu i gigantycznych balonów, ale to jeszcze może nadejść na początku karmienia.

Ciekawy jest dla mnie temat obrazu mojego ciała TERAZ, bo mam odwrotny proces niż znajome/koleżanki z lepszą figurą i lepszą samooceną. Czyli odkąd jestem w ciąży rosnący brzuch wydaje mi się fajny, ładny, powstający w jakimś celu. Nie jest to flak tłuszczu, tylko twarda, napięta kula z zadbaną skórą. Wiem że rosnę nie bez powodu, że jest w tym sens, a nie tylko własna słabość, brak kontroli nad żarciem, czy lenistwo. Zauważyłam też, że miejsca dotąd tłustawe i niefajne wyglądają lepiej - ramiona są mniej tłuste, mam wręcz wcięcie w talii (o ironio!). Za to przybyło w udach, które dotąd nogi miałam b.szczupłe. Czyli ciało się robi bardziej kobiece, ciekawa jestem co z tego zostanie po porodzie ;) 

poniedziałek, 30 stycznia 2017
Półmetek ciąży + Hashimoto

Właśnie minął 20 tydzień ciąży i mogę się cieszyć błogim, spokojnym II trymestrem bez zawieruch.

Wszystko przebiega bardzo pomyślnie i spokojnie, mimo że I trymestr spędziłam nie tryskając dobrym humorem czy zdrowiem - jednak mdłości całodzienne nie są najmilszym przejawem ciąży, ale na szczęście obyło się bez wymiotowania. Pracuję cały czas i planuję pracować do końca szóstego miesiąca, jak nie dłużej - czuję się dobrze, nie mam ochoty zbijać bąków w domu, zamartwiając się niepotrzebnie czy robiąc zbędne zakupy przez internet. 
Od 4 miesiąca jest coraz lepiej, choć koniec obecnego piątego miesiąca już zaczyna fizycznie "ciążyć" jeśli chodzi o lekkie bóle kręgosłupa czy problemy ze wstawaniem (szczególnie 4x w nocy na sikanie).
Dziecko zdrowe, rośnie pomyślnie, wszystko przebiega podręcznikowo. 

Ale standardowe objawy ciężarówy to nie o tym co chcę napisać.

Otóż ciąża bardzo dobrze wpłynęła na autoagresje - czyli Hashimoto. Mam bardzo dobre wyniki tarczycy, właściwie nie zmieniłam dawki od początku ciąży, a to, jak wyglądają moje włosy, skóra, jakie mam samopoczucie to po prostu bajka!
Włosów urosło mi drugie tyle - nie żartuję. Mam "czapę" kilkucentymetrowych baby hair na całej głowie, przez co wyglądam jak owca. Skóra ideał. Do początku 5 miesiąca zeszła ze mnie woda i opuchlizna z twarzy, więc nagle zobaczyłam jak wyglądają moje rysy bez tej całej wody... Mimo przybywania ciążowego brzucha waga mi na początku spadała (a nie wymiotowałam, ani nie jadłam jakoś mniej), dopiero ostatnio zaczęła rosnąć i teraz w 21 tygodniu ciąży mam dopiero 2,5 kg na plusie. Także ewidentnie woda zaczęła ze mnie schodzić, poprawił się metabolizm.

Co ciekawe bardzo złagodniały alergie. Moja naprawdę ostra reakcja na koty spadła o co najmniej połowę. Jestem w stanie bez leków przebywać i spać w domu, gdzie są koty, co przed ciążą groziłoby mi atakiem astmy. Na inne alergeny nie mam wręcz żadnej reakcji.

Moja odporność jest zadziwiająca. Nie choruję, nie łapię zarazków, wirusów, gryp, a pracuję w biurze, gdzie klimatyzacja w sezonie zimowym fundowała mi co najmniej jedno-dwa przeziębienia lub anginy. Wszyscy wokół łapią coś, a ja (odpukać) nic. Nawet jak mi wyskoczyła opryszczka wargowa (u mnie standard) to sama się zaleczyła w dobę, bez pełnego wykwitu. Jedyne co to wyszło że jestem nosicielem paciorkowca, który mi się przeniósł do dróg moczowych, ale to akurat wynik tego że wszystko "na dole" się poszerza, rozciąga, stąd łatwiejszy wstęp dla bakterii.

Także podsumowując: ciąża lekiem na autoagresje ;)
Śmiałam się z mojego lekarza, że mi wciskał takie XIX-wieczne teorie, że jak zajdę w ciążę to "wszystko się naprawi". Naprawiło się, choć po ciąży pewnie wróci na stare tory.
Czuję się znakomicie i fizycznie, i psychicznie. Tarczycowa, niedoczynnościowa "zmułka" minęła, za to zaczęła się ciążowa zmuła, czyli leń, rozkojarzenie, zaleganie na kanapie bez celu ;)  

wtorek, 11 października 2016
Zajście w ciążę a PCOS + Hashimoto

Udało się.

Jak w temacie - jestem w ciąży. Co prawda jestem dopiero w 5 tygodniu, ale chodzi o sam fakt zajścia w ciążę.
Jestem w głębokim, totalnym szoku, że po pierwsze: w ogóle się udało, po drugie: tak szybko.
Od ponad 2 lat mam leczone PCOS, Hashimoto (niedoczynność) znacznie dłużej. Doprowadziłam się do ładu, tzn TSH w okolicach 0,9-1,5; a cykle 30-35 dniowe. Codziennie Glucophaxe RX1000, co dwa dni dwie saszetki Inofemu. Waga stabilna, choć za duża... nie udało mi się zrzucić kilogramów. Zmęczona latami na dietach i latami jojo jestem psychicznie wyczerpana i niestety jedyne na co mnie obecnie stać to racjonalne, zdrowe żywienie i jak się zaprę - odstawienie słodyczy. No i ruch. Ale w takim trybie się niestety nie chudnie, gdy ma się problemy hormonalne - dieta powinna być niskowęglowodanowa, a ruch wytężony.

Ale tak czy inaczej od ok. pół roku stwierdziliśmy: na dobra, nie zabezpieczamy się, wyjdzie jak wyjdzie. Po 3 miesiącach pomyślałam, że zabiorę się za temat bardziej metodycznie, czyli obliczę dni płodne, żeby wycelować w "ten czas". Może a nuż się uda, ale nie obiecywałam sobie zbyt wiele. Nastawiłam się na długą wojnę podjazdową - ja kontra moje hormonalne zawieruchy - tarczyca i niepokorne jajniki. W głowie wybudowałam sobie mur, całą machinę racjonalizacji, wsparcia, logiki. Że na luzie, że może wolniej niż u innych, ale powinno się kiedyś udać. KIEDYŚ. Lekarz uspokajał, że mam się wyluzować, ale owszem, może to potrwać. 

Tak więc zainstalowałam odpowiednie aplikacje-kalendarzyki cyklu w smartfonie, gdzie zanotowałam długość cykli, który obliczał dni płodne, owulację. Ale przy cyklu raz 29 dniowym, raz 36 dniowym ciężko aplikacji obliczyć kiedy te dni płodne są - także pod tym względem aplikacje-kalendarzyki oceniam przy PCOS nisko. Tylko jako notatnik, żeby zapisywać objawy, czas trwania miesiączki, itd. Przydaje się do np. wizyt u lekarza.
To co zrobiło radykalną różnicę to tanie testy owulacyjne - zwykłe paskowe, które są na Allegro sprzedawane po kilkadziesiąt sztuk za grosze. Sikałam na nie od ok. 10 dnia cyklu aż do momentu owulacji - druga kreska dzień w dzień ciemniała, aż wiedziałam że to dzień owulacji. Rozstrzał owulacji był w cyklu niesamowity - raz był to 15 dzień, raz 26 dzień cyklu. Bez testów nie miałabym szans tego obliczyć czy wiedzieć. Niekiedy testy nie wychodziły pozytywne ani razu, czyli owulacji nie było. Albo były dwa podejścia do owulacji - w 15 i 23 dniu cyklu.
Obserwacja śluzu - spoko tyle o ile, bo w cyklu, w którym zaszłam w ciążę nie miałam nawet śladu śluzu płodnego. Taka sytuacja.

Także podsumowując - zaszłam w ciążę w trzecim cyklu starań. Mimo PCOS i niedoczynności tarczycy. W wieku 33 lat. Nie wiem jakim cudem się to stało, ale się stało :) W dodatku wtedy, kiedy spisałam cykl na straty. Owulacja była potwierdzona ledwo-ledwo pozytywnym testem w 26 dniu cyklu... Śluzu płodnego ani śladu. Stwierdziłam że pewnie owulacji nie ma, będę mieć klasyczny "mój" cykl PCOS, czyli 60 dni jak nic... Mimo to w tych dniach pobawiliśmy się z mężem, no i w efekcie jestem w bardzo niespodziewanej (tak szybko!) ciąży. Oczywiście - o ironio losu - zrobiony z głupia-frant pozytywny test miał miejsce w dniu odbioru paczki z masą oleju z wiesiołka, Castagnusa, termometrem do pomiaru temperatur, nowej paczki Inofemu (tak lekko licząc ok. 200 zł wyrzucone w błoto ;) 

Dalej nie mogę dojść do siebie.

18:17, miss_cotton
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 kwietnia 2016
Dieta pudełkowa - podsumowanie po 3 miesiącach

 

Przez ostatni kwartał próbowałam diety pudełkowej - na co jest teraz absolutny szał, w mojej pracy lodówka w kantynie była zawalona pudełkami z najróżniejszych firm, tak wiele osób też kupowało. Zdecydowałam się na dowóz codziennej porcji 1500 kcal w 4 daniach (mąż miał 2500 kcal w 5 daniach). Finansowo nie wychodziło to źle, moja dzienna porcja kosztowała niecałe 38 zł. Oczywiście taniość czy drożyzna jest względna, ale biorąc pod uwagę że nie gotowaliśmy (czyli odpadają koszty i czas zakupów, dojazdu, gotowania, prądu, gazu, wody, sprzątania) to naprawdę nam się to kalkulowało.

Jedzenie - to przyznaję - było naprawdę smaczne, doprawione, dobrze zbilansowane. Różnorodne. Nie było nudy czy nadmiernej powtarzalności dań. Tu naprawdę plus, bo obserwując dostawy z innych firm u kolegów czy koleżanek widziałam że było z tym różnie. Włącznie z dietą typu 65 zł za dzień, której dania nie wyglądały w połowie tak dobrze jak moje i były mniej smaczne. Nie było problemów z dostawą, codziennie rano popakowane i opisane posiłki czekały grzecznie pod drzwiami. Świetna komunikacja z firmą dostarczającą, chociaż trochę im się momentami plątały preferencje, które im dostarczyłam (np. nie przepadam za ziarnami w sałatkach, które kilka razy się przydarzyły w dostawie, ale ok - to nie jest tragedia. Z alergiami pokarmowymi radziłabym uważać i nie ufać w pełni...).

Zrezygnowaliśmy z kilku powodów - po pierwsze firma podniosła ceny, mimo że mogliśmy oczekiwać jako wręcz długotrwały, stały klient na utrzymanie stawki. Ale się na to nie zgodzili (ewidentnie firma przeżywała nagły skok liczby klientów i nie do końca sobie radzili z ogarnianiem ogromnej liczby zamówień). Po drugie - jednak w pewnym momencie dania zaczęły wchodzić w pewien wzór i rutynę, np. niemal codziennie na kolację były sałatki z kapusty pekińskiej lub lodowej. Mieliśmy ich dość i ich nie jedliśmy. Jak zobaczyłam piętrzące się w lodówce stosy "nudnych sałatek" postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w dostawacg. Po trzecie - włącza się po pewnym czasie nuda i przekora, czyli np. nie mam dziś ochoty na ten chleb z ziarnami czy placki z cukinii. MAM OCHOTĘ na coś skrajnie innego. I ta ochota jest na tyle przemożna, że albo cierpiętniczo się je swoje pudełko, albo rzuca się je w kąt i pożera się schaboszczaka z burakami. 

Podsumowując - dieta pudełkowa jest idealna dla ludzi zapracowanych, zajętych, którzy nie lubią gotować czy ogólnie myśleć o ogarnianiu prozy życia jaką jest jedzenie. Wielu mężczyzn, których znam i którzy wybitnie zadaniowo podchodzą do jedzenia (jedzenie = nasycenie fizycznej potrzeby i nic więcej), korzystają z dostaw od ponad pół roku i ani myślą o powrocie do żywienia się samemu. Dla mnie osobiście jest to świetna opcja, ale w przypadku tylko wybranych dań - drugiego śniadania i obiadu, które jem w pracy. Wtedy opcja zamkniętego, gotowego pudełka jest idealna, prosta, czysta i do tego naprawdę pyszna. Są to też najbardziej czasochłonne dania, tzn obiad na pewno jest. Śniadanie i kolację wolę jednak planować i robić sobie sama (wiem czego na pewno nie chcę: sałatek z kapusty pekińskiej, chrupkiego pieczywa kukurydzianego, past do chleba z tofu i kilku innych rzeczy, które mi zaczęły wychodzić bokiem). 


Spróbuję taką opcję połowiczną zamówić, zobaczymy czy się uda (i za ile). Bo dieta pudełkowa, poza tendencją spadkową wagi (choć delikatną, ale jednak) dała mi kilka rzeczy: ładną cerę - kto by się spodziewał! Zjadanie takiej ilości warzyw, jaką dostawałam, niesamowicie poprawiło skórę, nie chodzi mi o brak wyprysków (bo w sumie już ich nie mam), bardziej o wyrównanie kolorytu, ujędrnienie, nawilżenie i taką... promienność cery ;) Serio dostawałam komplementy na temat poprawy wyglądu i urody.  

Obecnie walczę z rzeczywistością po wakacjach, gdzie obżerałam się różnymi egzotycznymi frykasami i niestety, cielsko dalej chce się obżerać frykasami, mimo że wróciliśmy do szarych, polskich realiów, gdzie powinna mi przyświecać dieta niskocukrowa, tony surowych warzyw i wody. Ech.

Dawno mnie nie było, ale też wiele istotnego się nie wydarzyło - wagowo nie jest ani dobrze, ani źle (raczej constans...), za to w kwestiach hormonalnych jest wręcz książkowo. Zaraz minie prawie 6 miesięcy z regularnym cyklem, czyli osiąg, którego w swoim 32-letnim życiu jeszcze nie miałam nigdy (PCOS). Bez hormonów, tylko regulacja cukru we krwi (metformina), staram się też jeść lepiej, panować nad cukrem. Jest ciężko, bo z moimi smakami mogłabym się żywić wyłącznie węglowodanami, bez białka i całej reszty, i byłabym szczęśliwa w pełni... no ale, wiem że to jest źródło moich problemów ze zdrowiem, więc staram się i każdy dzień to walka ;)

Próbuję obecnie zajść w ciążę, zobaczymy czy mój książkowy (obecnie) cykl na to pozwoli. W rodzinie na szczęście problemów z tym nie ma (patrząc na gromady dzieciarni), więc fingers crossed i mam nadzieję że pójdzie gładko - mimo policystycznych jajników. Tak czy inaczej psychicznie mam wrzucone na luz, nie spinam się, mam świetnego lekarza który nie zdiagnozował, wyregulował w temacie jajników i tarczycy, więc lecimy z tym koksem ;)

22:57, miss_cotton
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 grudnia 2015
Grudzień i dieta z dowozem pod drzwi

Dalej krzywa wznosząca: trzeci cykl w normie, czyli 34 dni (po wcześniejszym 39 i 30-dniowym), bez żadnego wspomagania hormonalnego. Po raz pierwszy taki wynik w moim policystyczno-jajnikowym życiu. Wciąż jestem na metforminie, dalej suplementuję Inofem (2 saszetki raz na 2 dni) - czyli jak byk to insulinooporność wszystkiemu winna. Cykl płodny. Na dokładkę cera perfekt, włosy po miesiącu gdy wypadła ich połowa odbiły i odrastają jak szalone. Tylko szkoda że najpierw wypadły :P

 

Sportowo nie jest najgorzej, tzn chodzę na zajęcia, staram się 2x w tygodniu, ale grudniowy leń czasem pozwala tylko na 1x. Dobrze że chociaż tyle, choć nie jestem dumna, że TYLKO tyle. 

Z jedzeniem rewolucja jak w temacie, tzn cały grudzień pod kątem testowana oferty jednej z wieeelu firm oferujących całodniowe wyżywienie z dowozem do domu. Wybrałam 1500 kcal i początkowo był dramat: byłam bardzo-bardzo głodna, nie najadałam się w ogóle, bo porcje nie dość że niewielkie, to jeszcze węglowodanów też znikomo. Ale potem przyzwyczaiłam się i teraz spokojnie najadam się taką ilością jedzenia. Plusy są gigantyczne, bo jedzenie jest świetnie zbilansowane, zróżnicowane, poporcjowane. Bardzo smaczne, a jestem trochę francuski piesek, który nie znosi weget, półproduktów i wszelkich dróg na skróty w jedzeniu. Dziś przykładowo miałam na śniadanie serek wiejski w stylu tzatziki, razowe pieczywo z plasterkiem pieczonego indyka. Na 2.śniadanie zupa-krem brokułowy (tu na zmianę z sałatkami z owoców). Na obiad plaster schabu ze śliwką, pęczak, ćwikła. Na kolację sałatka z pstrągiem, awokado, pestkami i miksem sałat + razowe grzanki. Brzmi dobrze, smakuje dobrze. I bardzo wygodnie: dostajemy co rano torbę pod drzwi, kuchnia jest czysta, zmywarka zmywa raz na tydzień w najlepszym przypadku. Zużywamy mniej prądu, wody, naszego czasu i energii. Finansowo nie wychodzi źle, po negocjacjach i wykupieniu 2 miesięcy z góry wychodzi mi 38 zł dziennie. Do tego dokupuję tylko wodę mineralną. Gotujemy tylko w weekendy. Po tych prawie 3 tygodniach nie mogę się nachwalić. O ironio wydajemy mniej na jedzenie niż w przypadkowych zakupach, jedzeniu w knajpach czy na wynos.
To co niestety zakłóca piękny dietetyczny obraz jest okres przedświąteczny w pracy, gdzie w kółko krążą jakieś ciasteczka, bombonierki, czekoladki. Kolejne urodziny (w sumie: pięć w grudniu) z ciastem. Niestety, nie jestem święta i się regularnie daję skusić. Blee :/
W święta też nie będzie wesoło (duh!), ale noworoczne przyrzeczenia już a pasem, od czego nowy początek! Do końca lutego mam opłacone 1500 kcal dziennie, więc moc jest ze mną ;) 

17:43, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2015
Listopad miesiącem wycisku

Wieści z frontu nie najgorsze, ale też nie na wypasie.

Na plus na pewno muszę wrzucić drugi NORMALNEJ długości cykl. Po pół roku regulowania się Duphastonem pierwszy cykl "solo" trwał 39 dni, a drugi już tylko 30 dni. Nigdy, przenigdy w swoim 32-letnim życiu usłanym PCOS nie miałam sama z siebie, bez żadnego wspomagania pigułkami anty czy innymi hormonami, normalnej, poprawnej długości cyklu. Także pod tym względem jestem przeszczęśliwa i radosna. Co prawda testy owulacyjne wykazywały różne szaleństwa, ale biorę to na karb skoków LH, które przy PCOS są normą. Jak dalej cykl będzie tak hiper-poprawnie podręcznikowy to spróbuję monitoringu owulacji.
Więc tak - Inofem to zdecydowanie TO. I metformina. Hell yeah. 


Na kolejny plus wrzucę sport, który zaczęłam wreszcie regularnie uprawiać. Chodzę na fitness i to nie z gatunku tylko pilates czy stretching, ale pół godzinny wycisk cardio i pół godzinne hantelki, brzuszki i jazda na macie. Na razie dwa razy w tygodniu, postaram się dorzucić w weekend trzeci raz, ale nie chcę przesadzić, bo mi jeszcze entuzjazm opadnie od takiego zaangażowania ;) 

Wrzuciłam na luz zupełnie. Nie przejmuję się totalnie tym, czym się dotąd przejmowałam (aż mi wstyd przyznać, że taka głupota potrafiła mi wejść na psyche), czyli tymi wszystkimi dzieciakami w opiętych ciuchach, które udają że ćwiczą w odwalonym do przesady klubie, a tak właściwie to chodzą na gładki podryw przy sztandze ;) Mijam to wszystko w ciuchach poślednich, na pewno nie opiętych, bez makijażu i innych przydatków samicy poszukującej. Idę się spocić, wracam sino-czerwona przez ten sam tłumek kopii Lewandowskich. Serio, nie rozumiem tej rui na siłowni, nie wszędzie to jest, ale mój najbliższy klub fitness tak ma :)


Z minusów - moje radosne autoagresje powiększyły się o łysienie telogenowe. Czyli ze stresu. Od miesiąca wyjmuję garście włosów z głowy, została mi może połowa, w ostrym świetle mam prześwit na prześwicie :( Przestawiłam się na łagodne szampony bez SLS, przedzieram się przez zaopatrzenie internetowych sklepów z syberyjskimi wcierkami, maskami i innymi cudami do włosów. Trycholog zdiagnozował to jako telogenowe, nie androgenowe wypadanie (dzięki Bogu!), zaproponował horrendalnie drogie kosmetyki i kazał się nie stresować (doh!). Pokazała na kamerce powiększenie moich mieszków włosowych, powiedziała mi kiedy dokładnie miałam większe stresy w ciągu ostatnich miesięcy (cholera, miała rację co do tygodnia :/) i kazała się uspokoić. Włosy odrosną, mam się lepiej odżywiać, dbać o siebie, nie przejmować się, bo mi się "mieszki zaciskają na włosach i je ścinają jak obcęgi". Hemm. 

Dałam się namówić tylko na peeling enzymatyczny do skóry głowy za (bagatela) 100 zł, odmówiłam wcierkom za 200 zł i serum za 450 zł. Peeling faktycznie fajnie oczyszcza, potem wszystkie moje krople i maski babuszki Agafii jakoś były bardziej skuteczne (a naprawdę są skuteczne). Włosy od wizyty u trycholożki jakoś przestały tak wypadać, może wystarczyło że powiedziała że to nie łysienie androgenowe, które jest nieodwracalne i ciężkie? Bo przyznam że ostro sobie wkręciłam to hormonalne łysienie, w końcu mam podstawy - PCOS.

Z minusów dalszych - jem nie najlepiej. Słodycze są moją psychiczną odskocznią i nagrodą, nie wiem dlaczego, po co i jak to się stało. Poza tym fast foody są opanowane, nie jem świństw, raczej normalnie i bez przesady. Tylko że te słodycze :[ 



21:59, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 października 2015
Hey-ho, PCO

Trochę mnie tu nie było. Dietetycznie jest średnio na jeża, nie oszukujmy się - Glucophage (czyli metformina) powoduje, że nie tyję, trzymam wagę, choć przydałoby się zrzucić tak z 10 kg lekko licząc... Ostatni ponad miesiąc to niestety słaby czas, właściwie ciągle byłam chora, przeziębiona i kichająca, albo - o ironio! - miałam przejścia z CMV, czyli cytomegalowirusem. Lekarz kazał mi zrobić standardowy zestaw badań przed zajściem w ciążę (przeciwciała CMV, różyczka, itp.) i się okazało że byłam akurat idealnie w trakcie infekcji CMV, które przechodziłam niby spokojnie, ale jednak 2 tyg byłam bardzo osłabiona, roztrzęsiona i ledwo mogłam z łóżka wstać.
Tym sposobem z kupionego karnetu na jogę na 2 wejścia w tygodniu wykorzystałam aż 3 przez cały miesiąc :/

Tak czy inaczej są małe sukcesy: po odstawieniu Duphastonu (w sumie 5-6 miesięcy, 2 tabletki dziennie od 16 dnia cyklu przez 10 dni) okres o dziwo wrócił, może nie super punktualnie, ale był. Zaskoczenie miesiąca, bo 39 dnia cyklu straciłam wszelką nadzieję i już sięgałam po Duphaston, a tu bum. Lekarz kazał mi czekać do 40 dnia cyklu na miesiączkę i miał rację. Mój okres z Duphastonem trwał 30-31 dni. Bez Duphastonu - 39 dni, z bardzo złym samopoczuciem od ok. 18-20 dnia cyklu (opuchlizna, ból brzucha i piersi, zatrzymywanie wody i potworny nastrój).
Inofem piję albo dwie saszetki, albo jedną, staram się codziennie. Glucophage łykam codziennie, do tego olej z wiesiołka, neomag forte, witaminę D3.
Kupiłam gigantyczną pakę testów owulacyjnych, bo żywo mnie interesuje jak to u mnie z owulacją jest. Bawienie się w śluz mnie nie pociąga, znowu wiem że u osób z PCOS testy owulacyjne mogą być zakłamane, skoro poziom LH jest u nas zawyżony, więc testy owulacyjne bazujące na poziomie LH mogą dać pozytywne wyniki przez 2-3 tyg non stop... Co nie znaczy że owulacja wtedy jest, tylko mamy spieprzone hormony i wynik jest błędny. W ostatnim 14-15 dniu cyklu kilka testów owu dało wynik negatywny, potem testy mi się skończyły więc realnie nie wiem kiedy i CZY miałam owulację w ostatnim cyklu. Teraz będę się już bawić w testowanie bardziej sumiennie, bo mam kupione aż 50 pasków testowych.

 

Kolejny mały sukces to świetne wyniki TSH, mianowicie 0,8. Zbite z ponad 4,5 przez ostatnie 2-3 lata. Przeciwciała tarczycowe są, ale na tym samym poziomie co kilka lat temu. 

Plan jest taki, że kolejny cykl będzie znów w granicach normy, czyli będzie trwał max 39-40 dni. Od listopada zacznę ćwiczyć realnie i faktycznie (od listopada startuje niemal 50% obniżka na karnet open w pobliskim klubie, więc grzech nie skorzystać...), przestanę też depresyjnie podżerać słodycze, bo jesień, zimno i ciemno.

niedziela, 06 września 2015
Back on track

Chciałam dzisiaj o powrotach.
Zejście ze "złej ścieżki" nie jest proste i każdy ma na to swoją metodę. U mnie po dwóch miesiącach dietowej laby sprawdza się metoda małych kroków, nie rewolucji. Niektórzy uznają tylko nagłe i radykalne zmiany, które działają w zamyśle hiper-motywująco, dają kopa energetycznego i są swoistą nową, czystą kartką i grubą kreską odcinającą od przeszłości. Ostatnio miałam na tym tle sporą dyskusję/kłótnię ze swoim mężem, który jako osoba odżywiająca się bardzo zdrowo, uprawiająca sport i czująca się z tym świetnie w ogóle nie rozumie mojego podejścia. Gdy u mnie kilkanaście lat najróżniejszych diet, kompleksów i emocjonalnego obżerania się narobiły sporo bigosu w głowie - z takim bagażem nie dla mnie rewolucje.
Nie jestem i nie będę świętą i bezbłędną na diecie, na to nie ma szans. Po pierwsze zdrowe odżywianie ma być sposobem na życie, a nie chwilową zabawą żeby zrzucić to i owo. W związku z tym, jak to w życiu, wpadki, urodziny, grille, wesela, imprezy, wypady do miasta ze znajomymi - wszystko to będzie miało miejsce i nie uniknę pokus. Ważne żeby się nie fiksować i umieć zjeść małą porcję, wybrać mniejsze zło, a na drugi dzień wrócić do racjonalnego odżywiania. Mając to na uwadze nie wolno wręcz wybierać drogę bezkompromisową i nagłej rewolucji, skoro i tak wiadomo że wcześniej czy później dojdzie do "porażki", bo zjedzenie np. porcji ciasta na imieninach mamy, gdy tego typu sytuacja ma miejsce raz na miesiąc, wcale "porażką" nie jest. Nie musi i nie może być postrzegane. Jak się spada ze zbyt wysokiego konia tyłek boli dużo bardziej i trudno wrócić na siodło. Dlatego żadnych rewolucji, żadnej "tabula rasa", żadnych obietnic nieskalanej i ultrazdrowej diety bogów. 



Od czego zacząć? Od nastawienia, oczywiście. Warto sobie powiedzieć, że koniec "tego dobrego", które wcale dobre nie było, a wręcz szkodliwe... Że czas wrócić, że słodycze czy smażeniny są złe dla zdrowia: dla wagi, cery, włosów, wyników hormonalnych, wreszcie dla mojego własnego cyklu miesiączkowego. Myślenie o tym, mobilizacja, zbieranie sił - tyle ile trzeba - jest moim zdaniem kluczowym punktem wyjścia. Dopiero z taką "zbroją" pozytywnego myślenia, kumulowania sił można wrócić do zdrowego odżywiania i stylu życia. Często nawet nieświadomie, od samego rozkminiania że jem niezdrowo zaczynam jeść dużo lepiej. Bardziej racjonalnie i świadomie.
Potem rachunek sumienia. I czas na zważenie się. Trzeba stanąć twarzą w twarz ze swoimi grzeszkami i jaki jest ich skutek. Przyznam że po skończeniu miesiączki, gdy stawałam na wadze, oczekiwałam dobrych kilku kilogramów na plusie w stosunku do końca czerwca. W końcu dwa miesiące wakacji, Bałtyk, piwo, gofry i beztroskie wyżerki MUSIAŁY się tak skończyć. O dziwo przybyło mi tylko.... 0,4 kg. To że jestem w szoku to mało powiedziane. Jedyną odpowiedzią jest metformina, z którą nota bene miałam ok 3 tyg przerwy, gdy lekarz uciekł mi na urlop i nie miałam recepty na kolejne opakowania. 
Serio, normalnie po tym co jadłam i przez jak długi czas oczekiwałabym co najmniej 3-4 kg na plusie, z szalejącym PCOS powinno być nawet więcej. A tu niemal nic, tzn. w granicach błędu.
Oczywiście tylko dzięki temu nie jestem kłębkiem rozżalenia, wyrzutów sumienia i poczucia beznadziei, które musiałabym mozolnie wyciszać i motywować się ze zdwojoną siłą. Z tak łaskawym podejściem mojego organizmu (Glucophage - kocham cię!) moje "grzeszne lato" nie pozostawiło wpływu na mojej wadze.  


Jem obecnie nienajgorzej, ale też nienajlepiej. Gdzieś po środku. Ograniczyłam słodycze, czyli moją największą ciągotkę, jem zdrowe śniadania (kasza jaglana + owoce) co bardzo, bardzo pomaga zwalczyć głód słodyczy w ciągu dnia. Drugie śniadania zawsze jadłam w porządku, obiady są coraz lepsze (gotuje mocno dietetycznie mąż, za co mu chwała i cześć), kolacje - trudny temat - też niezgorsze. Największe grzechy zeszłego tygodnia to jakieś przypadkowe słodkości, ale nie bezrefleksyjnie (a to różnica, kto ma wiedzieć ten wie ;) tylko świadomie zjadłam kawałek urodzinowego ciacha.
A jutro pierwsza od lat joga. 

czwartek, 27 sierpnia 2015
Koniec wakacji. Koniec tego dobrego

Cóż, wyszły mi klasyczne wakacje w diecie, w zdrowym trybie życia. Równe dwa miesiące laby i wpieprzania. Jak tylko minie okres ważę się i zobaczymy na czym stoję.

Abstrahując od cyferek na wadze: czuję się źle. Opuchła i straszna, niby wiadomo - te dni - ale wciąż. Efekty nie dbania o zdrowe jedzenie dają o sobie znać.
Byłam u mojego endo-gina ostatnio, który pokiwał palcem i nie był zadowolony. Ale wyników badań nie mam złych (TSH), za miesiąc mam spróbować sama mieć okres o czasie, zobaczymy czy moje jajniki zaskoczą po prawie pół roku Duphastonu. Nadszedł też czas, że po miesiącach kołowania wokół tematu mówię wprost, że chcę zajść w ciążę. Decyzja podjęta, co prawda "pan mąż" nie do końca jeszcze czuje wolę, ale od samego próbowania pewnie mykiem nie zajdę. Tylko to potrwa. PCOS i Hashimoto niczego nie ułatwiają... Zegar tyka, chcę tego, nie ma na co czekać. Napędza mnie jeszcze (nie ukrywam) wysyp ciąż wokół, więc zaczyna mnie w tym temacie ściskać w dołku; a co jeśli cholerne PCOS i Hashimoto wszystko udaremnią. No, ale nie ma co krakać.
Tak czy inaczej na następną wizytę u endo-gina mam mieć gotowy zestaw badań i będziemy wykrywać czy owuluję czy nie. 

Anyway - od 7 września zaczynam zajęcia z jogi dwa razy w tygodniu, niedaleko mnie, świetna szkoła, joga z gatunku dynamicznych (no, ale na początku nie zrobię tego co niżej...). 
Joga, bo chcę też się przez to zrelaksować, wyciszyć, popracować nad głową przy okazji ćwiczeń i medytacji. Ćwiczyłam laaata temu, na studiach, lubiłam.

 

Od jutra (bo nie od dziś, skoro jest prawie 23.00 i już i tak nic nie zjem ;) wracam do zasad od dietetyczki, czyli:

  • śniadanie: 1/2 woreczka kaszy jaglanej z dwoma owocami o niskim IG 
  • 2 śniadanie: kanapka z razowego pieczywa żytniego z pastą roślinną i warzywami
  • obiad: chude białko + kasza lub ryż brązowy + warzywa
  • kolacja: koktajl z owoców lub zestaw jajko+warzywa czy sałatka z jakimś białkiem.

Bez słodyczy, bez świństw, bez drogi na skróty. Wracam do gotowania.
I bez kawy, bo znów mnie diablo ciągnie... 

22:17, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2015
Przerwa wakacyjna i posypywanie głowy popiołem

Wakacje - niestety, wakacje też na tym blogu. I jeszcze bardziej niestety - wakacje w diecie.
Zebrało się sporo wyjazdów, grillów, nadbałtyckich gofrów, odwiedzin rodziny i u rodziny. Lato to zawsze u mnie spiętrzenie życia towarzyskiego i jego uciech, co niestety nie służy autorefleksji i tzw "wzięciu się w garść".
Afrykańskie upały biją wszelkie rekordy, kolejny tydzień z ponad 30 stopniami w cieniu, to jedyne co mnie uratowało przed totalnym popadnięciem w żarcie. Jem co prawda niezbyt zdrowo czy racjonalnie, ale dzięki tym temperaturom niezbyt wiele. 
Do tego niestety dorzucam kolejny kamyczek do samousprawiedliwiania się, czyli pracę i sytuację w niej. Jest na tyle niedobrze z atmosferą, że szukam czegoś innego; chodzę na rozmowy i jest szansa na zmianę. Wbrew wszelkiej logice, że inna praca nie da mi tak komfortowych warunków dla macierzyństwa, które przydałoby się zacząć wdrażać w życie ;)
Zobaczymy. Ucieczka z wrogiego środowiska w pracy w ciążę to w końcu też jakieś wyjście... Tym bardziej że na tą ciążę już czas najwyższy.

Ale wracając do głównego tematu: dieta u mnie nie istnieje, jem bezrefleksyjnie i jadę na utartych schematach, ale na szczęście nie popadłam w spiralę obżarstwa. Powoli też zaczyna mi się tęsknić za kontrolą, lekkim i zdrowym jedzeniem. Do końca sierpnia chcę wyjść na prostą. Po skończeniu tych cholernych upałów wrócę do roweru i zapiszę się do pobliskiego klubu fitnes, bo mam go dosłownie za rogiem i grzech nie korzystać. W przyszłym tygodniu mam też mojego endokrynologa-ginekologa, który wreszcie po 4 miesiącach mi powie jak się ma mój PCoS, zrobię badania i pokminimy temat ciążowy. Coraz częściej mam myśli, że to już, że w sumie to chcę.

13:23, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2015
Kryzys.

Kryzys jest nieunikniony. Dzisiaj mijają dokładnie 3 miesiące odkąd rozpoczęłam dietę.

Jestem chora, na antybiotyku w domu od niemal tygodnia, znudzona jak mops. 

Nie chce mi się gotować, apetyt mam tylko na mocne smaki: słone, najlepiej tłuste, kwaśne, pikantne, słodkie dla odmiany też. Nie chce mi się myśleć o jedzeniu i skąd się bierze, maruda i leń każe mi wykręcić numer do pizzerii czy kebabowni i zamówić dostawę prosto pod mój koc.
Od ponad tygodnia nie jem najlepiej, zdarzają się grzeszki, chociaż muszę przyznać, że są to innej maści grzeszki niż kiedyś, które powodowały „czarną dziurę” i spiralę bezmyślnego obżarstwa. Ewidentnie ta diabelna metformina działa i trzyma w ryzach poziom insuliny i glukozy we krwi, bo skończyły się epizody szaleństwa na punkcie KFC i czekolady. Owszem, kupiłam paczkę biszkoptów wczoraj (skoro wielką atrakcją tygodnia są zakupy w Almie…) i je sobie jem, wciągając kolejny serial, ale nie jest to czarna plama przed oczami i pakowanie jednego ciastka za drugim, jak drzewiej bywało. Umiem przestać po kilku kawałkach i odłożyć na później.
Pomagają warzywa i lato, bo jakkolwiek tłusty kebab z jagnięcia jest dobry, to młode ziemniaki z koperkiem i mlekiem zsiadłym, fasolka szparagowa, młody groszek i bób, botwina – to są też smaki, za którymi szaleję.

 

Jak pozostać „na ścieżce”, jak nie rzucić w diabły diety. Tak ku pamięci i powtarzaniu jak mantrę:

1. Apetyt i „głód” to bardzo często pragnienie. U mnie w jakiś 75% przypadków. Jak mam ciągotki, to piję wodę mineralną i jeśli po pół godzinie dalej jestem głodna, to już zwykle na coś zdrowszego niż pizza. „Szklanka wody zamiast” – ha, jak aktualne…

2. Banał pt. nie kupuj zakazanych rzeczy, żeby sobie były na wszelki wypadek, bo wtedy przy lekkim załamaniu będą wołać z szafki, żeby je zjeść ;) Nie idź na zakupy o głodzie, w znudzeniu i smuteczku (bo np. mi  zawsze humor poprawiało Prince Polo i tłusta chińszczyzna).

3. Lodówka powinna być pełna dobrego, zdrowego jedzenia. Dobrze planować zakupy i posiłki, nawet nie bardzo szczegółowo, ale żeby wiedzieć co zjem jutro na obiad.

4. Jak już zjesz coś zakazanego, to nie załamuj się i nie „idź w długą”, tylko wracaj na dobre tory. Jedna załamka to nic złego, poza podkopaniem silnej woli i rozbudzeniem apetytów. To drugie jest nawet groźniejsze, dlatego po chwilowej słabości warto zadbać, żeby kolejny posiłek był nie tylko zdrowy, ale też pyszny i satysfakcjonujący.

5. Najważniejsze, to trzeba myśleć. Brzmi głupio, ale jest najistotniejsze. Bo po latach niezdrowego trybu życia nasz autopilot to zły autopilot, będzie próbował skręcać i iść na łatwiznę. Trzeba – niestety – dokonać wysiłku tej bezustannej samokontroli, uważności i przewidywania, czy np. znudzenie, niepowodzenie w pracy, PMS nie prowadzą nas prościutko w ramiona przybytku typu fast food i cukiernia. To jest męczące i trudne, but stay focused.


 
Nie ważyłam się od jakiś 2 tygodni i mam do siebie wyrzuty o to tchórzostwo. Waga pewnie stoi w miejscu, mam nadzieję że nie podskoczyła w górę (ale nie sądzę – moje kontrolne, obcisłe gacie dalej są luźne). Za tydzień czas na pierwsze bikini w tym roku. W otoczeniu dziewczyn chudszych o jakieś 15-20kg. Oczywiście zamiast cieszyć się na lato, wodę, sielskość wsi, psów i ogrodu, myślę tylko o tym, jak wyróżniam się na ich tle. Nie jest to coś co robię świadomie i ciągle, ale takie niskie, głupie dołowanie się zatruwa mi głowę i wyjazd. Bez sensu, ale nie umiem tego nie robić.

14:04, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 czerwca 2015
Inofem - opinia po niemal 3 miesiącach

Piszę tą notkę, bo wiem jak ciężko znaleźć wyczerpujące informacje i opinie użytkowników na temat tego suplementu, czyli Inofemu. Jest to produkt stosunkowo nowy w Polsce, dedykowany kobietom z PCOS (czyli syndromem policystycznych jajników).  Za granicą ma dobre opinie.
W przypadku PCOS nie ma mowy o wyleczeniu jako takim, można jedynie łagodzić objawy do stanu względnej równowagi. Chociaż jest wiele historii o zupełnym „wyjściu” z PCOS poprzez np. dietę wegańską (lub chociaż: zdrową), sport, bardziej zrównoważony styl życia, oraz – oczywiście – suplementy, często całkiem kosztowne. Zasadniczo pomóc w przypadłościach związanych z PCOS ma zdrowe odżywianie oparte najlepiej na niskim indeksie glikemicznym, zbicie wagi (bo zwykle PCOS równa się co najmniej nadwadze), regularne uprawianie sportu (ale tego spokojnego, nie „stresogennego” – czyli raczej joga, pilates, marszobiegi, niekoniecznie tenis, sprint, crossfit), no i równowaga hormonalna. 


Ten ostatni czynnik właściwie jest najważniejszy, bo od niego się wszystko zaczyna i na nim się kończy. Czy to zła dieta wywołuje insulinooporność, a przez to PCOS, czy to PCOS przyspieszają wystąpienie tzw zespołu metabolicznego (czyli nadciśnienie, otyłość, wysoki cukier we krwi, itd.)? Nie jestem lekarzem, jedynie do takich chodzę i staram się pytać o wszystko co dla mnie istotne. W moim przypadku występuje nieznaczna insulinooporność (zawyżony poziom insuliny we krwi, ale jeszcze działającej ok, tzn glukoza jest dobrze obniżana insuliną w badaniu obciążenia glukozą), nadwaga, wypadanie włosów, torbiele na jajnikach, nieregularne cykle (co 3-4 miesiące), za wysoki poziom testosteronu i cholesterolu. Nie mam wyników bardzo złych, tzn wysoko przekroczonych – wszystko odrobinę powyżej normy. Do tego Hashimoto i związaną z nim niedoczynność tarczycy, chociaż po kilku latach leczenia wyniki badań tarczycy mam bardzo dobre. Ogólnie mój organizm jest dość autoagresywny – mam liczne alergie, regularne rzuty łysienia plackowatego, wieczne wysypki, nadwrażliwości na słońce, własny pot, ogólnie: wszystko ;)
Brzmi fatalnie, ale da się żyć. Mam te przypadłości od dzieciństwa, więc nie znam innego stanu rzeczy, niż ciągłe dbanie o smarowanie się, ochronę przed słońcem, tabletki i leki na uczulenia.

PCOS mam zdiagnozowane od niedawna, chociaż doskonale wiem, że mam je od dobrych 10-12 lat. Łykanie antykoncepcji przez długie lata tylko uśpiło problem. Łykam od kwartału Glucophage 1000XR, Duphaston w drugiej połowie cyklu (wielka ulga, mieć regularne krwawienia – kto ma wiedzieć, ten wie ;), do tego suplementy: olej z wiesiołka, witaminę D, B6, B12, magnez. No i Inofem.

Na informację o tym suplemencie natknęłam się na jakimś forum internetowym, podpytałam lekarza – stwierdził, że ma dobre opinie, można spróbować, chociaż jest drogi. Faktycznie, cena jest dość odstraszająca (w internetowych aptekach od 58 zł do 79 zł za 60 saszetek, oczywiście – bez recepty), ale pomyślałam że spróbuję. Substancje czynne to kwas foliowy i mio-inozytol. Kwas foliowy jest bardzo istotny gdy planujemy ciążę, wiadomo, a mio-inozytol ma regulować wiele procesów występujących w organizmie, od gospodarki cukrowej i lipidowej, po pracę układu nerwowego i endokrynnego.
Suplement występuje w formie rozpuszczalnego w wodzie proszku w pojedynczych saszetkach (opakowania po 30 i 60 szt.).  Smak cytrynowy, słodki, dość syntetyczny. Początkowo piłam jedną saszetkę, potem dwie dziennie. I owszem – zauważam różnicę. To co widoczne na pierwszy rzut oka to poprawa stanu skóry, która po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej zmieniła mi się o 180 stopni. Z suchej, ściągniętej i łuszczącej się przeszła w tłustą, łojotokową, zapychającą się. Z trądzikiem i wieloma zapchanymi w podskórne grudki porami. Po ok. 10-14 dniach z Inofemem skóra się wygładziła, unormowała z przetłuszczeniem. Podobnie z włosami, które przerzedzały mi się, a zaczęły odbijać (łysienie androgenowe to jeden z objawów PCOS), mam teraz sporo tzw. baby hair. Unormowały mi się też wyrastające znienacka włosy, np. nad górną wargą, na brodzie, na bokach twarzy – to może nieźle załamać, co prawda włoski były jasne (tylko bardzo nieliczne były grubsze i ciemne), ale wyraźnie dłuższe. Teraz po regularnych depilacjach przestały odrastać te ciemne, a cała reszta jest dużo krótsza i po prostu… normalna ;) 


Ciężko mi stwierdzić czy Inofem działa faktycznie na układ nerwowy czy hormonalny – w przypadku tego pierwszego nie jestem na tyle obiektywna, by osądzać ;) A w przypadku tego drugiego – jestem w trakcie terapii metforminą, czyli Glucophage, więc obniżenie insuliny, zmniejszenie apetytu na słodycze, no i wreszcie schudnięcie zawdzięczam raczej metforminie, nie Inofemowi. Chociaż mógł swój wkład mały mieć w ogólną poprawę. Moje cykle dzięki Duphastonowi są teraz jak w zegarku (2x1 od 16 do 25 dc), chociaż nie monitoruję ich, więc nie wiem czy są owulacyjne czy bezowulacyjne. Chwilowo nie zabieramy się poczęcie potomka, więc na razie cieszą mnie regularne krwawienia i dzięki temu – dobre samopoczucie. Na badania owulacji przyjdzie czas.
Zauważyłam również zmniejszenie opuchlizny, szczególnie opuchlizny pod oczami i na twarzy. Nie ma to związku z utratą wagi, po prostu mój organizm uwielbia zatrzymywać wodę, a powieki i twarz wręcz puchły mi szaleńczo – teraz jest naprawdę ok. Wręcz ze zmianą rysów twarzy. Inofem mogę na pewno szczerze polecić w działaniu na zewnętrzne skutki PCOS, czyli skórę, włosy, nadmierne owłosienie. Widzę efekty, bo gdy np. wyjechałam na dłużej i zapomniałam Inofemu to po kilku dniach skóra się tłuściła i zapychała. Moim zdaniem pozytywnie wpływa też na metabolizm i spadek wagi. Chudnę stabilnie, powolutku, ale do przodu – mimo wielu wpadek i grzechów.
Z dziwnych skutków: dziwnie po Inofemie… pachnę. Skóra w np. zagłębieniu łokci czy dłonie, gdy się spocą, czuć troszkę metalicznie, troszkę jakby samoopalaczem (którego nie stosuję ;) czyli spalenizną. Dziwnie, ale nie jest to nic przykrego czy odstręczającego. Ewidentnie jest to po suplemencie, bo zaczęłam go łykać zanim się zabrałam za Glucophage czy Duphaston. 
Notka nie jest sponsorowana, suplement kupuję za własne ciężko zarobione pieniądze ;)


Informacje ze strony producenta:

Inofem to nowoczesny suplement diety, zawierający 2000 mg mio-inozytolu  i 200 µg kwasu foliowego. Stworzony został w oparciu o nowoczesną technologię, gwarantującą najwyższą jakość produktu. Dzięki zawartości inozytolu i kwasu foliowego Inofem przyczynia się do utrzymania fizjologicznej równowagi hormonalnej u kobiet, pomagając uzupełnić niedobór tych substancji w organiźmie. Zawarte w suplemencie substancje odżywcze przyczyniają się do prawidłowego wzrostu tkanek matczynych w czasie ciąży (w tym jej wczesnego etapu), biorą udział w procesie podziału komórek, pomagają w prawidłowej produkcji krwi.Inofem nie zawiera konserwantów, laktozy, glutenu, jak również jest bezpieczny dla osób chorych na cukrzycę!
Substancje aktywne:
Mio-inozytol jest ważnym elementem ściany komórkowej i mediatorów biochemicznych wewnątrzorganizmu, między innymi wpływa na reakcje komórek na insulinę (hormon biorący udział m.in. w metaboliźmie węglowodanów). Dodatkowo badania prowadzone w ostatnich 20 latach wykazały istotną rolę mio-inozytolu w procesie dojrzewania komórek jajowych w jajnikach.
Kwas foliowy należy do grupy folianów i wpływa na wiele funkcji metabolicznych w organiźmie. Pomaga w utrzymaniu prawidłowego metabolizmu homocysteiny, prawidłowej syntezy aminokwasów. Jednocześnie bierze udział w procesie podziału komórek, w tym komórek jajowych – oocytów oraz pomaga w prawidłowej produkcji krwi.
Substancje pomocnicze:
Maltodekstryna jest naturalną substancją pochodzenia roślinnego, mieszaniną poli i oligosacharydów. W Inofemie zastosowana jest w charakterze nośnika w aromacie i premiksie witaminowym, umożliwiając bardzo precyzyjne odmierzenie dawki kwasu foliowego. Ilość maltodekstryny zawarta w 1 saszetce Inofemu nie przekracza 0,037 g (37 mg) i nie stanowi przeciwwskazania nawet w przypadku cukrzycy. 
Naturalny aromat cytrynowy

wtorek, 09 czerwca 2015
Metformina i dieta - tydzień 8-10.

W równe dwa miesiące - w sumie 7 kg mniej (stan 25 marca - 25 maja)
Z weekendowymi grzeszkami (a wręcz wielkimi grzeszyskami, jak pizza czy lody, lub imprezy rodzinne z całodzienną wyżerką!), z czysto ludzkim zapominaniem, czasem wygodnictwem, jedzeniem owoców i chleba po 21-ej, czasem nie jedzeniem nic przez pół dnia.

Nie jestem więc idealna, a jednak waga spada.

Jak dla mnie przyczyna jest jedna - ustaliłam sobie cel dążenia do dobrej dla mnie wagi i zdrowia, ale bez spinki, że to musi być "na już". Na lato w bikini, na wesele, itd. Czyli dojdę w swoim tempie i wpadki wpisuję właśnie w to dążenie do celu, bo nigdy nie ma idealnego momentu, gdy człowiek ma mnóstwo czasu na rozważania okołodietowe, zakupy, gotowanie, jedzenie z zegarkiem w ręku. 
Taki dzień idealnego startu diety nie nadejdzie nigdy, więc celebrowanie tego momentu startu (od poniedziałku!) jest z gruntu bez sensu. I szkodzi, bo jeśli to jest tak wyjątkowe, to powinno być idealne, bez odstępstw, a wiadomo, że odstępstwa będą.

Obecnie jestem po takich celebrach jak wyjazdowa komunia u rodziny - 3 dni jedzenia, świętowania, toastów. Zaczęły się liczne imprezy urodzinowe, grille, ogniska. Długi weekend z jednym wielkim ogniskiem i wyżerką. Nie odmawiam jak szalona - owszem, jem, ale trochę. Trochę czipsów, czy karkówki z grilla, trochę słodyczy. A potem z przyjemnością (prawdziwą, nie fałszywą!) i bez wyrzutów sumienia wracam do zdrowego jedzenia.

 

Obecnie po prawie 10 tygodniach jeszcze się nie ważyłam - dzięki Duphastonowi mam wreszcie regularny cykl, także czekam aż mi zejdzie około-okresowa opuchlizna i wskakuję na wagę. Choć nie zdziwię się, jeśli waga stanęła, bo ostatnie 7-10 dni to właśnie jedno wielkie popuszczanie pasa. Ale co się odwlecze - to nie uciecze. Wróciłam na dobre tory, więc nieco później, ale schudnę. Za to jestem psychicznie stabilna, bo pozwoliłam sobie na kilka przyjemności i nie wybuchnę w konfrontacji z pizzą czy innymi takimi ;)

Z sukcesów: rower. Wsiadłam na rower trochę spontanicznie, z głupa, przypadkiem. Okazało się, że super mi się jeździ, przyjemnie i szybko. Mam sporo pięknych ścieżek rowerowych, więc najszybciej do pracy obecnie dostaję się na rowerze (piechotą: 30 min, tramwajem: 20 min, rowerem: 10 min). W upały wiatr fajnie chłodzi, bo upały już zaczęły się dawać we znaki. Rower mam zgraciały i niepiękny, ale za to nie ma strachu że mi ktoś go ukradnie. A jest mój, sprawdzony i rozjechany do idealnego komfortu swojskiego grata. 

 

Z frontu zdrowotnego: tarczyca ustawiona (TSH 1,3), dzięki Duphastonowi cykl jak w zegarku. Glucophage dalej miło zniechęca mnie do słodyczy (a jak już jem, to są za słodkie i aż szczypią w język, serio). Po 2 miesiącach picia suplementu Infofem (2 saszetki dziennie) mogę z czystym sumieniem i szczerze potwierdzić, że działa. I warto go kupić, mimo wysokiej ceny. Gdy wyjechałam na dłuższy wyjazd i zapomniałam Inofemu - po 2-3 dniach cera się popsuła i przetłuściła. Naprawdę działa, wygładza cerę. Włosy ruszyły mocno na przód, zagęściły się, super się układają, a nawet zaczęły się skręcać (a miałam proste jak druty). Z włosami to efekt długofalowy oczywiście, ale dzięki Bogu nie wypadają, a wręcz przeciwnie - mam mnóstwo baby hair. Nie wiem co zadziałało: czy Glucophage obniżył insulinę, a przez to spadł testosteron? Czy to zrobił Inofem? Anyway: testosteron na bank spadł, bo włosy, które mi zaczęły rosnąć dziwnie szybko tam, gdzie nie powinny (górna warga, bikini, itd) - przestały. Jest to o tyle ciekawe, że pojedyncze ciemne, twarde włosy po wyrwaniu odrosły najpierw jako jasny blond, a potem tylko cienki puszek, czyli klasyczne, kobiece, delikatne włoski. 

Za ok. miesiąc, jak skończę kwartał z Glucophagem, powtórzę badania krwi i idę na USG, zobaczymy czy jajniki przestały być policystyczne (a nuż..?)

sobota, 16 maja 2015
Metformina i dieta - tydzień 7.

Waga pokazuje ponad 6 kg mniej po prawie 7 tygodniach diety.

Cieszę się! :) Za chwilę wejdę w nową cyferkę z przodu mojej wagi, a to naprawdę mobilizuje. Podobnie jak spadające z tyłka gacie ;)


Najważniejsze, że wreszcie, po okrągłych 100 dniach wrócił okres, zeszło ze mnie półtorej kilo wody w dobę i "życie stało się lepsze". Może to zabrzmi głupio, ale rozwalony cykl potrafi narobić mnóstwo szkód, abstrahując od kwestii płodności to uciążliwości życia codziennego potrafią nieźle dać w kość. Cała ta opuchlizna, nastroje, bóle, ciągnący się miesiącami PMS... Koszmar i dla mnie, i dla otoczenia. PCOS to kawał cholery.

Cera jest w super stanie - w życiu nie uwierzę we wszelakie kosmetyki antybakteryjne na trądzik czy pryszcze. Wystarczy mieć dobry balans hormonalny i cera sama, błyskawicznie sama się zaleczy. W kilka dni osiągnęłam z opływającej sebum i zapchanej jak u nastolatki skóry - cerę niemal idealną, aksamitną i bez syfów. Włosy podobnie - odkąd łysienie plackowate około rok temu wróciło ze wzmożoną siłą przestałam farbować włosy, pielęgnację i stylizację ukróciłam do łagodnego minimum. Polecam swoją drogą Vichy Neogenic, bo kuracja tą serią zagęściła mi włos pięknie, nieważne że łysienie plackowate przyplątało się obok (co zaleczyłam wcierką sterydową). Teraz mam włosy błyszczące, mocne, gęste i - czego się nie spodziewałam, farbując włosy ostatnie 15 lat - mam całkiem oryginalny, naturalny kolor.

Tarczyca też się ładnie ustawiła, mam idealny poziom TSH, chociaż Hashimoto samo z siebie nie zniknie.

Dorzuciłam do suplementacji olej z wiesiołka; Inofem dwie saszetki dziennie, D3 i magnez to moja codzienność od dawna.

Dieta idzie niezgorzej, tzn. ładnie się trzymam, nie obżeram, nie mam zachciajek. Chociaż ostatnio mocno mam ciąg na bramkę na mięso, bo ostatnimi czasy jadłam więcej owoców i węglowodanów złożonych, więc bardzo "chce mi się" mięcha. Słodycze wciąż (alleluja!) mogą dla mnie nie istnieć, co zawdzięczam oczywiście Glucophage.
Ciekawa jestem badań cukru i insuliny, na ile mi się wyregulowały, ale to pewnie za jakiś czas.
Mam też niestety lenia w związku z gotowaniem, bo po pierwsze: nie jestem fanką pichcenia, po drugie: apetyt mam wciąż średni, także trochę w siebie wmuszam, trochę jem byle co, a to na dłuższą metę jest groźne. Co prawda to "byle co" jest wciąż zdrowe i lekkie, ale jednak jem monotonnie, ostatnio po gigantycznej ochocie na ryż z jabłkami mogłam jeść tylko brązowy ryż zapieczony z jabłkiem przez 3 dni, aż mi uszami niemal wychodził. Teraz dla odmiany chcę pieczonego kurczaka albo stek :)

Sport - dalej nic. Kurcze, to jest OSTATNI element, o który mogę zadbać, żeby było naprawdę super. Trochę spoczęłam na laurach spokojnej, uważnej diety, na której spokojnie sobie chudnę...

sobota, 09 maja 2015
Podsumowanie: 5 tyg = 5 kg

Nie jest źle - zaczyna ze mnie schodzić woda, przy ostatnim ważeniu było to pełne 5kg w dół po 5 tyg diety; za chwilę powinno być jeszcze mniej. Dwa dni temu skończyłam 10 dni na Duphastonie 2 x 1, skończyły mi się nastroje i deprechy, zeszła w pewnej części opuchlizna wodna. Mam nadzieję za miesiączkę za chwilę i wtedy powinno być wszystko pięknie wklęsłe, bez nadmiaru wody i waga wskaże faktyczny stan. 
Trzymam się grzecznie wzorca, planu dietetycznego; osiągnęłam pewien spokojny, dobry poziom, gdzie jem w sposób zróżnicowany, sycący, zdrowy i czuję się coraz lepiej. Po prawie półtorej miesiąca nie wróciły żadne napady na słodkie czy fast food, a umówmy się: przy każdej dotychczasowej diecie po mniej-więcej miesiącu mój mózg zrywał się ze smyczy i kazał mi wejść do pierwszej lepszej cukierni i zjeść WSZYSTKO. Teraz jak normalny człowiek mogę zjeść raz w tygodniu na imprezie czy urodzinach kawałek ciasta lub lody (z umiarem) i tylko tyle, nie chcę więcej, nie mam żadnych szalonych napadów na cukier. KOCHAM metforminę i to, że mój cukier i insulina we krwi są wreszcie pod kontrolą, co opanowało moje szaleństwo na słodkie. 
Chudnę powoli, ale też wiem, że z PCOS i problemami hormonalnymi to nie będzie błyskawiczny efekt. Ale wolę tak, niż na wariackiej diecie. To jak jem teraz odpowiada mi w pełni. Oczywiście, że gdy zapachnie w powietrzu to mam ślinotok, ale nie mam problemu z odmówieniem sobie. Mogę tak żyć, nie przeraża mnie to, nie czuję się skrzywdzona i w stanie "na diecie". Czyli w stanie tymczasowości, chwilowego zaciśnięcia pasa.Ogólnie odstawiliśmy (mąż też) wszelką przetworzoną żywność, żadnych kostek rosołowych, półproduktów, przypraw chemicznych. Sół z umiarem i tylko himalajska, dużo ziół. Mnóstwo warzyw i to dobrej jakości - jest kolosalna różnica między pomidorami z tesco z tymi z ryneczku, od rolnika. Dużo ryb. Gotowanie na parze to kolejna nowość, mieliśmy od lat kurzącego się w szafie Philipsa, czyli kilkupiętrowiec na prąd, do gotowania na parze i postanowiliśmy go teraz wypróbować. Warzywa są pyszne, a i pierś z kurczaka jest niesamowicie soczysta i pełna smaku. Nie płaczę więc za panierką.  
Jedyne apetyty jakie mam, to ser, nabiał. Jem więc trochę twarożku to razowca na drugie śniadanie; wędlin dalej niet, tak samo jak żółtych serów czy innych przekąsek z gatunku tłustych.  
To, co widzę i wiem, że mam nietknięte to sport.Wciąż. Wstyd mi strasznie, bo jest przepiękny maj, tyle możliwości, czas w sumie też jest, ale... No właśnie. Nigdy nie byłam sportowym zwierzęciem, wręcz przeciwnie - nie lubię go. Wymaga ode mnie dużo samozaparcia i bezustannego motywowania się, zmuszania się w duchu do najprostszej rzeczy. Co zrobię, że sport nie kojarzy mi się z niczym przyjemnym?

piątek, 01 maja 2015
Metformina i dieta - tydzień 4 i 5

Minęło trochę czasu - sporo podróży i wydarzeń, więc np. zeszły weekend nie był zbyt grzeczny dietetycznie, ale wracam bez większych trudności na dobrą drogę, więc to jest najważniejsze.

Podsumowując w sumie miesiąc (od 25 marca) diety 1600-1700kcal i przyjmowania metforminy:

1. Potwornie ciężko stosować się do diety pt. w środę na obiad jesz pstrąga w cytrynach, a w piątek kurczaka. Odważanie określonej dawki wszystkiego jest koszmarem. Nie szukam wymówek, po prostu - poległam w literalnym stosowaniu diety wyznaczonej przez dietetyka. Co stosuję to pewien WZORZEC posiłków i typów składników, ilość oraz pory. Jeśli mam zjeść pół woreczka ryżu brązowego, a mam ochotę na kaszę gryczaną to wybieram kaszę. Jeśli mam zjeść 200g piersi z kurczaka, a mam ochotę na łososia - jem wyznaczoną mi porcję łososia. Jeśli na kolację mam koktajl z jabłek, mleka migdałowego, bananów i jagód, to wybieram inne owoce o zbliżonym IG, ale na które mam danego dnia ochotę. I tak dalej. W tym jestem stanie wytrwać, nie dam rady żyć w kieracie wagi kuchennej i sztywnych przepisów.

2. Metformina, czyli w moim wypadku lek Glucophage XR 1000 - nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków ubocznych, poza mdłościami i lekkim osłabieniem na początku przyjmowania pełnej dawki. Poza tym same plusy, bo mam zredukowany do zera ciąg do słodyczy i różnych węglowodanowych bomb. Oczywiście, siła nawyku istnieje, więc dalej na mnie działa zapach pizzy czy widok czekolady. I jeśli jest okazja pt. urodziny i jestem zwyczajowo częstowana ciastem domowego wypieku to go nie odmawiam, jem z przyjemnością, ale to tyle. Nie mam napadu cukrowego szału, nie chcę jeszcze, nie chcę opychać się batonami i czekoladą jak kiedyś. Poza tym Glucophage działa jak bat, tzn łykając ten lek lepiej stosować dietę i nie wpaść w np. fastfoodową orgię, bo można w efekcie dostać np. ostrą biegunkę, także mając z tyłu głowy wizję takiej "przyjemności" żadne grzeszne przysmaki nie są tego warte. 

3. PCOS - niestety, po ponad 90 dniach bez miesiączki nadszedł czas, gdy ewidentnie powinnam ją mieć, ale to się nie wydarzyło. Z dnia na dzień nabrałam wody, wszystko mnie bolało, wszelkie objawy klasyczne dla miesiączki trwają u mnie ponad tydzień, a ona nie następuje. Jestem potworem w dołku hormonalnym, który warczy na otoczenie i popłakuje po kątach. Pieprzony koszmar. Nie miałam tak od dawna; nawet jeśli nie miałam dwa-trzy miesiące miesiączki, to po tych trzech miesiącach zwykle ona następowała, ale na Boga - nie z takim "pakietem" dodatkowych atrakcji! Nie wiem co to znaczy, czy wreszcie moje jajniki się obudziły i próbują pracować (nie do końca jeszcze zbornie), czy to dalsze problemy...
W każdym razie umęczona po szyję tymi atrakcjami zaczęłam łykać Duphaston, czyli lek ostatniej szansy, który ma wywołać upragniony okres. Trochę to wyrównuje nastroje, ale atak trądziku na policzkach i opuchlizna doprowadzają mnie do szału. 
Będąc na diecie w okolicy 1600kcal przybrałam z dnia na dzień 1-1,5 kg wody. Czuję się jak blowfish, ratunkuuuuu


4. Suplementy - łykam codziennie tyle suplementów, że wychodzą mi uszami. W przypadku PCOS i Hashimoto jest to żelazny zestaw: witamina D3 i B12, calcium 500, dwie saszetki Inofem (kwas foliowy + mio-inozytol, do Inofemu wróciłam z podkulonym ogonem, bo odpuściłam go sobie ze względu na sztuczny, ohydny posmak). Do tego magnez + B6. No i cholerne leki, czyli Letrox 100, Duphaston 2x dziennie, Glucophage XR 1000 1x dziennie. Czasem zastanawiam się, czy moja wątroba to zniesie.

5. Sport - dalej nic, jedynie dużo chodzę. Dobrze, że chociaż tyle. Ciężko mi ze sportem, gdy nastroje są dołujące, bo PCOS nie pozwala zrzucać wagi tak szybko, jakbym chciała, no i daje mi w kość objawami. Muszę, muszę się z tym tematem ogarnąć i może zbadać TSH, bo to moje permanentne zmęczenie jest cokolwiek dziwne. Przedwiośnie już dawno minęło.

6. Motywacje - ostatnio trafiłam na coś ciekawego na Youtube, mianowicie na 90-dniowy cykl vlogów Katie Humphrey na temat PCOS i przezwyciężenia go za pomocą głównie diety, sportu, dobrego nastawienia i... dość kosztownej suplementacji pewnej amerykańskiej firmy. Abstrahując od tego ostatniego elementu krótkie pogadanki Katie przede wszystkim są bardzo fajne pod względem informacji na temat PCOS, jakie są objawy, jak z nimi walczyć, jak brak walki może się skończyć dla zdrowia. Po drugie Katie jest typem amerykańskiego coacha a la Tony Robbins, który mi osobiście całkiem odpowiada - nie ma tu oszołomstwa, ani zbyt wiele nastawienia zen czy pieprzenia w bambus psychologicznych banałów. Jej pogadanki są naprawdę motywujące, proste, dość zabawne, ludzkie i energetyzujące. Fajne i dające do myślenia.

7. Waga - postanowiłam się nie ważyć do momentu aż nie dostanę miesiączki, bo ewidentnie jestem opuchnięta wodą, stosuję dietę, nie chcę się dołować faktem że waga zapewne stoi, lub wzrosła. Co by mnie nie zdziwiło. Także chwilowo zrzuciłam 4kg w 4 tygodnie - na dalszy ciąg poczekamy jeszcze trochę.  


 

niedziela, 19 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 3.

Jestem od ponad tygodnia już na dawce 1000mg Glucophage XR - i jednak dopadły mnie początkowo efekty uboczne. Bardziej osłabienie, ospałoś, brak sił na cokolwiek niż sensacje układu pokarmowego. Miałam mdłości i brak apetytu. Ale to tylko pierwsze kilka dni, teraz jest lepiej, apetyt też powoli wraca, choć nie mam fazy na słodycze, na szczęście, po prostu mam wreszcie chęć coś zjeść.
Ostatnio niestety jem za mało (z lenistwa, mam trochę dość tego pichcenia i mycia garów non-stop) i waga spada coraz wolniej. Teraz tylko 0,5 kg w tydzień, co jednak i tak daje miłą statystykę 3,5 kg po 3,5 tygodnia diety i łykania metforminy. 

Po konsultacji u dietetyczki tydzień temu trochę obniżyła mi jadłospis z 1700 do 1600kcal tygodniowo, ale i tak przed tą zmianą jadłam mniej, bo po obiedzie o godzinie 15-16.00 byłam w stanie do końca dnia zjeść najwyżej owoc czy jajko. Taże zamiast kolacji dostałam przepisy na koktajle czy smoothie z mlekiem migdałowym. Muszę się niestety zmuszać do jedzenia wszystkiego co mam zalecone i to bez ustępstw. Dietetyczka mocno na to nalega, bo faktycznie - będę mieć niedobory to skończy się dzikim apetytem na coś zakazanego i sprawi, że po powrocie do wyższej ilości kalorii wpadnę w spiralę jojo.

Także na kolejny tydzień mam przede wszystkim:

  • jeść zgodnie z jadłospisem, tzn więcej - koniecznie kolacje w formie koktajli z warzyw i owoców lub kanapki
  • więcej się ruszać, na pewno chodzić więcej niż ostatnio
  • zadbać o różnorodność i jeździć na zakupy z listą, nie na wariata (co skutkuje brakiem połowy niezbędnych rzeczy w lodówce).


Ogólnie: nie jest źle, choć mam wiosennego lenia i niechcieja. Mam miły efekt zassania brzucha, twarzy, nogi mi widocznie zeszczuplały - zawsze najpierw nogi mi się robią jak patyki, a dopiero na końcu chudnie mi to, na czym najbardziej mi zależy: talia, ramiona, plecy.
Co do suplementów/ leków: Letrox 100, Glucophage XR 1000, calcium 500D, witamina D3 i B12, Neomag Forte. Inofem zarzuciłam, choć nie powinnam... ale ten cytrynowy, chemiczny smaczek odrzucił mnie na kilometr. Poza tym nie zauważyłam żadnych pozytywnych jego efektów. Właśnie mija 78 dzień "cyklu" i nic, chociaż czuję się oczywiście opuchnięta u obolała jak przy niekończącym się PMS.  

czwartek, 09 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 2

Była Wielkanoc, więc niestety te ponad dwa dni świętowania należy wziąć pod uwagę... Ale tak czy inaczej spadło mi 0,8 kg w tydzień, więc nie jest źle :) Zwykle święta za rodzinnym stołem to średnio 2 kg na plusie, więc jakikolwiek spadek jest super.

Dopiero od wczoraj jestem na 1000mg Glucophage XR, nie zauważyłam tego podwojenia dawki jakkolwiek, tzn organizm nie daje mi odczuć żadnych skutków ubocznych, więc oby tak dalej. Ale też zauważyłam, że ten lek wyjątkowo się nie lubi z jakimikolwiek odstępstwami od diety - na początku świąt mniej zdrowe jedzenie (tzn cukry proste w dużej ilości) wywołują skurcze i może nie biegunki, ale faktycznie - jest pewne rozluźnienie w tych kwestiach ;) Także lek siłą rzeczy wymusza dietę, jeśli się nie chcemy czuć jak ścierwo. Zmienia smak (słodycze, nawet miód, smakują sztucznie, zbyt słodko, obrzydzają nawet), zmienia powonienie, apetyt jest praktycznie zerowy. Autentycznie zmuszam się do jedzenia.

Moje przykładowe jedzenie w ciągu dnia:

  • śniadanie: ok. pół woreczka kaszy jaglanej z łyżeczką miodu + owoce (np. mały banan i mandarynka, borówki i maliny, itd.)
  • II śniadanie: zielona herbata i kanapka z żytniego chleba z humusem i warzywami (kiełki, szpinak baby, papryka, pomidory, itd - sporo)
  • obiad: pół woreczka np. kaszy gryczanej, ryżu brązowego + mięso (np. ryba pieczona, kurczak, krewetki, itd.) + dużo sałaty z innymi warzywami z sosem z oleju lnianego, cytryny i ziół
  • podwieczorek/kolacja: albo 2-3 owoce, albo np. jajko na miękko ze szpinakiem baby surowym i kromką żytniego chleba.


Ostatnio ten podwieczorek/kolacja często mi w ogóle nie wchodzi, obiad jem w pracy o 15 i jestem na tyle najedzona, że ciężko mi cokolwiek wcisnąć po powrocie. Wiem, że to za mało, więc jem jakieś kiwi, cytrusy, gruszki, itd. ale nie za dużo. W sobotę mam kontrolę u dietetyka, zobaczymy co mi powie na takie menu. 

Z minusów - jestem dalej słaba, rozmamłana, łeb boli i ogólnie czuję się jak w klasycznym przedwiośniu, czyli rozbita. Z chodzeniem jest ciężko, raczej w jedną stronę do pracy czyli ok. 8000 kroków dziennie. Mam nadzieję że jak wyjdzie porządnie słońce i będzie ciepło to wróci mi werwa. Chyba że znów TSH mi skoczyło i trzeba będzie podnosić dawkę Letroxu :/

 

czwartek, 02 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 1.

Jestem po tygodniu diety 1700 kcal i tygodniu na metforminie (konkretnie lek: Glucophage XR) - obecnie 500mg, za 3 dni wchodzę na pełną dawkę 1000mg.

Co mogę powiedzieć? No przede wszystkim to, że straciłam 1,8 kg, co oczywiście cieszy. Bardzo poprawiła mi się cera, co przy PCOS i nagłym łojotoku i wysypie pryszczy jest dużą ulgą - mam cerę gładziutką, idealną, rozjaśnioną. Bajka.
Glucophage łykam codziennie do kolacji. Obawiałam się efektów ubocznych, tzn biegunek, wymiotów, mdłości, skurczy - po wygooglaniu metforminy głównie można przeczytać właśnie o efektach ubocznych i jakie są przerąbane. Na szczęście przy dawce 500mg nic takiego nie miało miejsca, mam nadzieję, że przy 1000mg też nie będzie źle.

Zauważyłam, że lek na pewno obniża apetetyt. Zniwelowała zachcianki na słodkie i ogólnie na przekąski. Jestem na diecie pełnej warzyw, ryb, kasz, itd., więc normalnie po tygodniu dałabym się pociąć za ciasto czy czekoladę. Zjadłam raz kęs ciasta na urodziny koleżanki i ani mi to ciasto nie smakowało, ani nie miałam na nie ochoty. Dziwy nad dziwami.
Druga rzecz, to zmienił mi się smak i zapach, nie wiem na ile ma na to wpływ dieta, ale nie sądzę, że to ona. Sama też "zmieniłam zapach", tzn czuję, że moja skóra pachnie inaczej - nie gorzej, ale po prostu inaczej. Potwierdzone przez małżonka ;)

Dieta - cóż, ciężko mi się literalnie, co do grama do niej stosować. Diabelnie ciężko. Nienawidzę tego ważenia, odmierzania, całej zabawy z gotowaniem. Aptekarskie podejście odbiera jakąkolwiek frajdę z jedzenia i gotowania. Przez pierwsze dni ogarnęłam sobie jak wygląda "szablon" żywieniowy, więc wiem jak danie o konkretnej godzinie ma wyglądać ilościowo i z czego proporcjonalnie się składać. Także teraz wymieniam sobie ryby, mięsa, kasze i ryże, warzywa i owoce (chociaż tu muszę dbać o indeks glikemiczny, więc mogę wymienić mandarynkę na kiwi, ale już nie gruszkę na banana, czy brokuł na kukurydzę). Dostałam totalnego wstrętu do komosy ryżowej i kiełków. Mak nie przejdzie - ohydny jest w daniach słonych. Druga rzecz to ilość i częstotliwość - za zgodą dietetyczki zmniejszyłam ilość posiłków z 5 do 4, nie dawałam żywcem rady tak często jeść. Podwieczorku więc nie ma, za to jest większe śniadanie i wcześniejsza kolacja. Ogólnie jestem najedzona, ale totalnie nie mam zapału do jedzenia. Wszystko to średnio smaczne, tzn nie jest to moje wymarzone jedzenie. To, co budzi moje ślinianki to niestety węglowodany i to te niezdrowe. Ale nie mogę - więc nie jem. Także jedzenie obecnie w siebie wmuszam, apetyt mam nieistniejący. Jem, jak mam wyznaczoną porę, zresztą już żołądek sam się dostosował i burczy ;) 
Mam do tego też spadek energii zupełny, co jest połączone i z zimowym kwietniem, i z lekkim przeziębieniem, i z przepracowaniem. Mam nadzieję, że po wielkanocy (nie u rodziców tylko u siebie, więc uda się to zrobić w wersji light) postawię się na nogi i wrócę do dziarskiego maszerowania 10km dziennie. 

niedziela, 29 marca 2015
PCOS, Hashimoto, dieta w toku

Muszę podsumować kilka tematów, bo przez dwutygodniowy urlop zapomniałam o aktualizacji bloga - który właściwie służy mi jako notatki z mojego mozołu dietetyczno-zdrowotnego. Mam już pełną diagnozę, wiem co teraz, także wszystko w moich rękach.


1. Lekarz (ginekolog-endokrynolog) - mam zdiagnozowane PCOS, czyli zespół policystycznych jajników (za wysoki testosteron, za wysoki cholesterol, obraz jajników na USG też ewidentny, do tego krzywa cukrowa pokazuje lekką insulinooporność - tzn glukoza jeszcze w normie, ale insulina już za wysoka). Do tego oczywiście Hashimoto. Lekarz przede wszystkim kazał mi schudnąć (pod nadzorem dietetyka, bo przeciwskazań jest faktycznie sporo), ruszać się, no i mam przypisany Glucophage XR 1000mg. Łykam go dopiero od dwóch dni (najpierw 500mg, po 7-10 dniach mam dopiero wejść na pełną dawkę), wieczorami do kolacji i jakoś jeszcze nie zauważyłam żadnych potwornych skutków ubocznych - tfu, tfu, odpukać. Metformina ponoć bardzo często powoduje nieprzyjemności układu pokarmowego, jak wymioty, biegunka, nudności, skurcze, itd. Może do tego jeszcze dojdziemy, ale mam nadzieję, że nie. Do tego suplementy: witamina B12 i D3, Inofem - piję Inofem od ok. 3-4 tygodni i niestety, cykl jak był nieregularny tak dalej jest. Chociaż tutaj ponoć potrzeba więcej czasu żeby organizm się nim "nasycił". Na razie mam znowu 2-3 miesięczne cykle, co jest naprawdę irytujące - bycie w ciągłym PMS, tygodniami, to naprawdę niezły wrzód na d...

2. Dietetyk - dietetyczka przemiła, zdecydowanie kompetentna w temacie autoagresji i moich przypadłości. Wzięła pod uwagę i kwestie tarczycowe, a nie miałam pojęcia, że 3-4 godziny po przyjęciu Euthyroxu/ Letroxu nie można przyjmować pewnych pokarmów, jak choćby węglowodany z dużą ilością błonnika czy np. grejfruty. Źle reaguję na nabiał, więc nabiału w diecie nie mam, ale kwestia wapnia jest ciężka, bo wszystko niemal co ma dużo wapnia jest bardzo kaloryczne (orzechy, tłuste ryby, itd.), więc mam jeść... mak. Do wielu dań. Mak kojarzy mi się tylko ze struclą w Wigilię, więc nie jest łatwo jeść słone dania czy sałatki z dodatkiem maku.Zrobiłam test na alergię na gluten, na szczęście jej nie mam (uf, chociaż na to nie jestem uczulona!) Tak więc mam dietę 1700 kcal, która jest bardzo sycąca, kolację muszę w siebie autentycznie wmuszać. 5 posiłków dziennie to jakiś hardkor. Nie dość że ciągle trzeba gotować, brudzić i w kółko sprzątać kuchnię, to jeszcze trzeba to zjeść ;) Dostałam przyzwolenie na powiększenie śniadania kosztem podwieczorku, bo po sporym obiedzie zjedzenie jeszcze dwóch posiłków wieczorem to dla mnie przesada. Ogólnie dieta jest całkiem miła, bardzo sycąca i zróżnicowana. Co prawda brakuje mi zup (do skorygowania przy kolejnej rozpisce dań), ale poza tym (i przeklętym makiem) jest super. Mimo jednorazowych BARDZO kosztownych zakupów widzę, że tak czy inaczej kasy wydawać będę mniej, bo nie będzie wystawnych śniadań do południa, stołowania się w mieście (chlip), spontanicznych zakupów robionych na głodnego. Dietę rozpoczęłam po dwóch tygodniach wakacji, gdzie rzecz jasna było dużo dobrego jedzenia i ogólnie: ucztowania. Po raz ostatni na dłuższy czas - dostałam błogosławieństwo dietetyczki, żeby właśnie tak podejść do wakacji przed dietą, a nie zaczynać nierealnie dietę na początku wyjazdu. 

Od 25 marca jestem na diecie opartej na niskim indeksie glikemicznym, mam do zrzucenia 20 kg do wymarzonej wagi, ale 15 kg też będzie w porządku. Jednak przede wszystkim chcę doprowadzić swoje zdrowie do ładu - skoro zbicie insuliny pomoże na zrzucenie wagi, a to pomoże na problemy z cyklem miesiączkowym i płodnością, a być może wpłynie też pozytywnie na tarczycę, to motywacja w tym momencie sięga dużo bardziej, niż chce być szczupła i wyglądać dobrze.

23:02, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lutego 2015
Wyzwanie: 10.000 kroków dziennie

Ostatnio bez trudu udaje mi się osiągnąć 8000 kroków, postanowiłam wejść poziom wyżej, tzn 10.000 kroków dziennie. Jest coraz cieplej, więc spacery są coraz przyjemniejsze, a 10.000 kroków to jest już wskoczenie na poziom „wysokiej aktywności”, czyli PRAWIE sport ;) To jest ok. 7 km (zmierzone krokomierzem Garmin Vivofit), zasadniczo droga do pracy i z pracy to ok. 7500-8000 kroków, a pozostałe 3000-4000 kroków to praca biurowa, spotkania, zakupy, itd. Także obecnie mam na liczniku średnio 11.000 kroków dziennie, co początkowo nawet czułam w nogach. Co lepsze opaska monitorująca aktywność pokazuje, ile kalorii spalam więcej w stosunku do przeciętnej aktywności – jest to około 250 kcal, czyli całkiem sporo…! W kwestiach motywacji opaska jest hitem, mam ją drugi miesiąc i mam niekończącą się frajdę z bicia rekordów i wyrzuty sumienia, jeśli mam wyjątkowo osiadły dzień (np. dzień na kacu, cały spędzony w domu to ok. 1500 kroków).


Jak to zrobić – mam akurat to szczęście, że moja droga do pracy od niedawna to bardzo miły spacerek bulwarem wiślanym, idealne 30 min rano i tyle samo z powrotem. Szybki marsz, w którym pomagają audiobooki – wciągnęłam się bardzo – no i dobre buty. Po drodze ładne widoczki, kaczki, łabędzie i inne takie, więc chodzi się naprawdę miło. Słuchanie audiobooków pozwala sobie uciec myślami i skutecznie odganiają znużenie i monotonię tych przechadzek; a że w pracy muszę się znaleźć co rano i jakoś z niej wrócić, więc wybór chodzenia zamiast tramwaju staje się całkiem prostym wyborem. Tym bardziej że po pracowych stresach szybka przechadzka trochę pomaga oczyścić umysł.
Muszę też pomyśleć nad cięższymi rzeczami, bo jak się gotuje codziennie obiad do pracy i go nosi, to damska torebka przestaje być najwygodniejszym sposobem na noszenie dłużej czegoś ciężkawego.

 

W sobotę mam dietetyka „z prawdziwego zdarzenia”, ze szpitala uniwersyteckiego, który ma mi dobrać dietę pod moje autoagresje i problemy hormonalne. Na razie ucięłam słodycze, mój obecny jadłospis wygląda mniej-więcej tak:

  • śniadanie: kromka żytniego chleba z np. humusem, pesto, twarożkiem i warzywami
  • 2 śniadanie: kanapka jw., zielona herbata (zamiast kawy)
  • obiad: zupa lub coś a la chude mięso + kasza + warzywa
  • kolacja: w zależności jak duży był obiad są to albo tylko owoce + orzechy, lub do nich np. zupa lub jajko i chleb.

Do tego woda (ok. 1,5 l) i suplementy: witamina D3, Neomag forte, Inofem (1 saszetka). Letrox 100. Łykam Inofem od ponad tygodnia i zauważyłam poprawę cery, tzn przestały mi wyskakiwać kolejne pryszcze – albo to placebo i sobie wmawiam, ale faktycznie kwas foliowy i mio-inozytol działają na unormowanie insuliny i kwestie androgenowe… Chociaż to chyba za szybko by było, może lżejsza dieta i większy ruch wpłynęły tak na skórę.
Kolejny wpis to wieści z frontu dietetycznego, tzn po wizycie u pani doktor.

czwartek, 19 lutego 2015
...i wszystko jasne: PCOS

Cóż, moja urocza historia o wieloletnich problemach z nadwagą chyba wreszcie została uzupełniona o ostatnie elementy układanki.

 

 Nadwagę mniejszą czy większą mam od lat. Rozhuśtałam ją niestety do nadwagi znacznej przez szereg głupich diet, jo-jo, igraniem z metabolizmem. Hormonalną antykoncepcję stosowałam od 19 roku życia, zaczęłam dwa lata po pierwszej miesiączce. Cykle zawsze miałam rozwleczone, dziwne, nieregularne. Zawsze było ze mną coś nie tak. Zawsze miałam tendencje do tycia. Tabletki antykoncepcyjne pozwoliły mi (poza oczywistymi plusami tabletek anty ;) na spokój z rozszalałym cyklem, ale wiedziałam: co się odwlecze, to nie uciecze. Pierwsze próby odstawienia tabletek 3 lata temu skończyły się źle, tzn cykl był dziwny – dwu-trzymiesięczny, samopoczucie straszne, szybkie tycie i puchnięcie. Wróciłam do tabletek antykoncepcyjnych, bo lekarka nie wiedziała co ze mną zrobić, mimo prób z luteiną i łykania cyclo-proginova, czyli zastępczej terapii hormonalnej dla kobiet w trakcie… menopauzy. Nic nie przywróciło normalnego cyklu. Teraz wiem, że lekarka była z gatunku, ekhm… KIEPSKICH, ponieważ mimo badań TSH i jego znacznego zawyżenia (ale wyniku w górnej granicy tzw normy) nie wpadła na zbadanie przeciwciał tarczycowych, choć wszystko w moim wyglądzie krzyczy: „niedoczynność tarczycy & Hashimoto!”. Nie wpadła też na zbadanie hormonów, na USG nie zauważyła policystycznych jajników. Ogólnie: dramat i kilka lat zmarnowanych na złą lekarkę, złe leczenie.

Od 7-8 lat mam nawroty łysienia plackowatego, nic dramatycznego, ale nagle pojawiają się dwie-trzy łyse plamy na skórze głowy o średnicy 4-5 cm, które nie chcą zarastać przez 2-3 miesiące. Z łysieniem plackowatym poszłam do przypadkowego dermatologa, kolejnego, bo pierwszy zrobił mi… zastrzyk z aloesu, kazał schudnąć i przypisał wcierkę z minoxidilem, czyli czymś na pobudzenie cebulek włosów, ale nie na łysienie plackowate. Placki w efekcie zarosły same, bo lekarskie aloesy i wcierki nie dały raczej nic. Dermatolog kolejny, przypadkowy, przy kolejnym nawrocie łysych placków spojrzał na mnie i od razu kazał robić badania tarczycy, że wyglądam na klasycznego niedoczynnościowca, że pewnie mam Hashimoto i inne autoagresje. Bingo. Mam alergie, atopowe zapalenie skóry, okazało się, że też Hashimoto. Endokrynolog przez rok wyprowadził moje wyniki do względnej normy, choć Hashimoto nie jest uleczalne i do końca życia będę łykać Lethrox. Powiązałam je z moimi problemami z cyklem miesiączkowym – stwierdziłam, że odstawiam tabletki raz jeszcze, spróbujemy doprowadzić się do normy.

 

Po odstawieniu tabletek w pół roku przytyłam 10 kg i zaliczyłam… 2 miesiączki. Do tego wróciło łysienie plackowate – łzy, dramat, depresja. No i niespodziewanie doszedł trądzik (a dotąd miałam skórę b.suchą, atopową), tłusta cera, dziwne włosy gdzieniegdzie, przerzedzanie włosów na głowie. Wszystko to niby nic i pierdoły, żadna choroba, ale długofalowo naprawdę rozwala samopoczucie i samoocenę… Dermatolog załamał nade mną ręce, przypisał wcierki sterydowe i maści. Endokrynolog kazał zrobić gigantyczne badania hormonalne i kazał iść do endokrynologa-ginekologa, więc poszłam, wyszło jak byk, że mam PCOS, czyli zespół policystycznych jajników. Że mam to na pewno dłużej, tabletki antykoncepcyjne udanie uśpiły problem; plus mam insulinooporność, tak więc cokolwiek jem powinnam zastanowić się 3 razy. Tyję może nie „z powietrza”, ale faktycznie: szybciej i więcej niż inni, jedzący to samo.
Endo-ginekolog na moje PCOS kazał schudnąć. Że schudnięcie i dieta oparta na niskim indeksie glikemicznym powinna pomóc, że jeśli to nic nie da, to zacznę łykać leki dla cukrzycowców żeby zapanować nad insuliną, bo to ona ma być przyczyną wszelkiego zła.

 

I tak sobie myślę – to dlatego tak dobrze się czułam na diecie typu South Beach, czyli mało węglowodanów i dobrej jakości. Dlatego tak szybko na tej diecie chudłam i zyskiwałam megatony energii. Obecnie mam iść do dietetyków przy szpitalu uniwersyteckim, bo okazało się że połączenie Hashimoto + PCOS to dieta trochę pokomplikowana. Właściwie jest tyle ograniczeń, że chce mi się płakać. Dodatkowo jest też dużo sprzecznych głosów na temat np. ryb, mięsa, jajek, warzyw strączkowych czy kapustnych.
Wychodzi na to, że powinnam jeść niewiele węglowodanów, a jak już to bez glutenu i o niskim indeksie glikemicznym. Dużo warzyw, ale nie psiankowatych (pomidor, ziemniak, bakłażań, itd. – są złe w autoagresjach), nie krzyżowych (kapusta, brukselka, itd. – nie współgrają z niedoczynnością tarczycy), nie strączkowych (choć ciecierzyca czy soczewica są niby ok, to soja jest złem wcielonym, bo GMO i ma roślinny odpowiednik estrogenu). Owoce też o niskim IG, czyli żegnajcie banany, daktyle, melony; truskawki są złe na tarczycę (zawierają antyhormon tyroksyny). Mięso jest be, bo napakowane hormonami. Ryby – maksymalnie raz w tygodniu, bo jod przy Hashimoto powinien być ostrożnie dawkowany, bo pobudza autoagresję. Cukier biały, prosty, czyli wszelkie słodkości czy fast foody to w ogóle piekło i szatany. Mleko i nabiał to samo. Trzeba uważać na tłuszcze (także roślinne i nienasycone). Czerwone, tłuste mięso – absolutnie nie. To samo z używkami, kawą i czarną herbatą też.
Więc co mi zostaje z tej listy dziesiątek wykluczeń?  
1. Woda J
2. Jajka z umiarem, chude białe mięso z umiarem, ryba max. raz w tygodniu
3. Kasza jaglana, kukurydziana, ogólnie z daleka od glutenu!
4. Warzyw jak najwięcej: ale nie ziemniaki, nie pomidory, nie papryka, nie kapusta, nie brukselka, nie marchewka, nie buraki, nie kukurydza.
5. Owoce o niskim IG i nie konfliktujące się z tarczycą, czyli: nie banany, nie truskawki, nie melony, nie suszone daktyle, nie arbuzy, nie winogrona.
6. Orzechy – choć bez przesady, bo tłuste.
7. Mleko roślinne np. ryżowe, migdałowe.

Smutek. Na szczęście polubiłam humus do szaleństwa, to samo różne pasty roślinne i pesto. Zrezygnowałam zupełnie z wędlin i sera żółtego na początku roku i nie tęsknię. Chleb zawsze jadłam tylko ciemny (i nie odstawię go, za bardzo kocham mój gluten :P), a mleko tylko w postaci kropli do kawy rano. Kawę spróbuję odstawić zupełnie, na rzecz zielonej herbaty. Słodycze dotąd ograniczyłam do tzw. specjalnych okazji, czyli jak ktoś ma urodziny i daje ciastko – zjem, czyli są to akcje od święta, raz na 2 tygodnie. Nie będę się schizować i uciekać na widok słodyczy jak diabeł na widok święconej wody. Szkoda mi owoców, bo akurat ostatnio próbuję jeść ich więcej i idzie mi coraz lepiej, ale rzecz jasna najbardziej lubię to o wysokim IG. Mięso ograniczyłam mocno, ale co z rybami to nie wiem, bo akurat je bardzo lubię, jem ok. 3 x w tygodniu. Może przerzucę się na jajka.
No i ruch – opaska monitorująca aktywność jest świetna, motywuje mnie do chodzenia (na razie ok. 8000 kroków dziennie, od wiosny – 10.000). Chodzę więcej po górach (raz w tygodniu spacer 15-20 km), jak się ociepli wsiadam na rower, może-może spróbuję wrócić do biegania – mieszkam nad samą Wisłą, więc mam pod nosem piękne miejsca do joggingu.
Suplementy – witamina D3 1000 (2 tabletki dziennie), Neomag forte (z witaminami z grupy B), jedna saszetka Inofem (kwas foliowy i mio-inozytol – mają pomóc w przywróceniu normalnego cyklu). Pewnie lekarz wrzuci mi metforminę przy następnej wizycie. Do tego codziennie Lethrox 100 na niedoczynność tarczycy.
Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam na tyle dość, jestem na tyle zmęczona samopoczuciem, wyglądem i drobnymi upierdliwościami zatruwającymi mi codzienność, że jeśli zrzucenie wagi ma mi pomóc lepiej egzystować to zrobię to.

 
1 , 2