RSS
czwartek, 14 kwietnia 2016
Dieta pudełkowa - podsumowanie po 3 miesiącach

 

Przez ostatni kwartał próbowałam diety pudełkowej - na co jest teraz absolutny szał, w mojej pracy lodówka w kantynie była zawalona pudełkami z najróżniejszych firm, tak wiele osób też kupowało. Zdecydowałam się na dowóz codziennej porcji 1500 kcal w 4 daniach (mąż miał 2500 kcal w 5 daniach). Finansowo nie wychodziło to źle, moja dzienna porcja kosztowała niecałe 38 zł. Oczywiście taniość czy drożyzna jest względna, ale biorąc pod uwagę że nie gotowaliśmy (czyli odpadają koszty i czas zakupów, dojazdu, gotowania, prądu, gazu, wody, sprzątania) to naprawdę nam się to kalkulowało.

Jedzenie - to przyznaję - było naprawdę smaczne, doprawione, dobrze zbilansowane. Różnorodne. Nie było nudy czy nadmiernej powtarzalności dań. Tu naprawdę plus, bo obserwując dostawy z innych firm u kolegów czy koleżanek widziałam że było z tym różnie. Włącznie z dietą typu 65 zł za dzień, której dania nie wyglądały w połowie tak dobrze jak moje i były mniej smaczne. Nie było problemów z dostawą, codziennie rano popakowane i opisane posiłki czekały grzecznie pod drzwiami. Świetna komunikacja z firmą dostarczającą, chociaż trochę im się momentami plątały preferencje, które im dostarczyłam (np. nie przepadam za ziarnami w sałatkach, które kilka razy się przydarzyły w dostawie, ale ok - to nie jest tragedia. Z alergiami pokarmowymi radziłabym uważać i nie ufać w pełni...).

Zrezygnowaliśmy z kilku powodów - po pierwsze firma podniosła ceny, mimo że mogliśmy oczekiwać jako wręcz długotrwały, stały klient na utrzymanie stawki. Ale się na to nie zgodzili (ewidentnie firma przeżywała nagły skok liczby klientów i nie do końca sobie radzili z ogarnianiem ogromnej liczby zamówień). Po drugie - jednak w pewnym momencie dania zaczęły wchodzić w pewien wzór i rutynę, np. niemal codziennie na kolację były sałatki z kapusty pekińskiej lub lodowej. Mieliśmy ich dość i ich nie jedliśmy. Jak zobaczyłam piętrzące się w lodówce stosy "nudnych sałatek" postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w dostawacg. Po trzecie - włącza się po pewnym czasie nuda i przekora, czyli np. nie mam dziś ochoty na ten chleb z ziarnami czy placki z cukinii. MAM OCHOTĘ na coś skrajnie innego. I ta ochota jest na tyle przemożna, że albo cierpiętniczo się je swoje pudełko, albo rzuca się je w kąt i pożera się schaboszczaka z burakami. 

Podsumowując - dieta pudełkowa jest idealna dla ludzi zapracowanych, zajętych, którzy nie lubią gotować czy ogólnie myśleć o ogarnianiu prozy życia jaką jest jedzenie. Wielu mężczyzn, których znam i którzy wybitnie zadaniowo podchodzą do jedzenia (jedzenie = nasycenie fizycznej potrzeby i nic więcej), korzystają z dostaw od ponad pół roku i ani myślą o powrocie do żywienia się samemu. Dla mnie osobiście jest to świetna opcja, ale w przypadku tylko wybranych dań - drugiego śniadania i obiadu, które jem w pracy. Wtedy opcja zamkniętego, gotowego pudełka jest idealna, prosta, czysta i do tego naprawdę pyszna. Są to też najbardziej czasochłonne dania, tzn obiad na pewno jest. Śniadanie i kolację wolę jednak planować i robić sobie sama (wiem czego na pewno nie chcę: sałatek z kapusty pekińskiej, chrupkiego pieczywa kukurydzianego, past do chleba z tofu i kilku innych rzeczy, które mi zaczęły wychodzić bokiem). 


Spróbuję taką opcję połowiczną zamówić, zobaczymy czy się uda (i za ile). Bo dieta pudełkowa, poza tendencją spadkową wagi (choć delikatną, ale jednak) dała mi kilka rzeczy: ładną cerę - kto by się spodziewał! Zjadanie takiej ilości warzyw, jaką dostawałam, niesamowicie poprawiło skórę, nie chodzi mi o brak wyprysków (bo w sumie już ich nie mam), bardziej o wyrównanie kolorytu, ujędrnienie, nawilżenie i taką... promienność cery ;) Serio dostawałam komplementy na temat poprawy wyglądu i urody.  

Obecnie walczę z rzeczywistością po wakacjach, gdzie obżerałam się różnymi egzotycznymi frykasami i niestety, cielsko dalej chce się obżerać frykasami, mimo że wróciliśmy do szarych, polskich realiów, gdzie powinna mi przyświecać dieta niskocukrowa, tony surowych warzyw i wody. Ech.

Dawno mnie nie było, ale też wiele istotnego się nie wydarzyło - wagowo nie jest ani dobrze, ani źle (raczej constans...), za to w kwestiach hormonalnych jest wręcz książkowo. Zaraz minie prawie 6 miesięcy z regularnym cyklem, czyli osiąg, którego w swoim 32-letnim życiu jeszcze nie miałam nigdy (PCOS). Bez hormonów, tylko regulacja cukru we krwi (metformina), staram się też jeść lepiej, panować nad cukrem. Jest ciężko, bo z moimi smakami mogłabym się żywić wyłącznie węglowodanami, bez białka i całej reszty, i byłabym szczęśliwa w pełni... no ale, wiem że to jest źródło moich problemów ze zdrowiem, więc staram się i każdy dzień to walka ;)

Próbuję obecnie zajść w ciążę, zobaczymy czy mój książkowy (obecnie) cykl na to pozwoli. W rodzinie na szczęście problemów z tym nie ma (patrząc na gromady dzieciarni), więc fingers crossed i mam nadzieję że pójdzie gładko - mimo policystycznych jajników. Tak czy inaczej psychicznie mam wrzucone na luz, nie spinam się, mam świetnego lekarza który nie zdiagnozował, wyregulował w temacie jajników i tarczycy, więc lecimy z tym koksem ;)

22:57, miss_cotton
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 grudnia 2015
Grudzień i dieta z dowozem pod drzwi

Dalej krzywa wznosząca: trzeci cykl w normie, czyli 34 dni (po wcześniejszym 39 i 30-dniowym), bez żadnego wspomagania hormonalnego. Po raz pierwszy taki wynik w moim policystyczno-jajnikowym życiu. Wciąż jestem na metforminie, dalej suplementuję Inofem (2 saszetki raz na 2 dni) - czyli jak byk to insulinooporność wszystkiemu winna. Cykl płodny. Na dokładkę cera perfekt, włosy po miesiącu gdy wypadła ich połowa odbiły i odrastają jak szalone. Tylko szkoda że najpierw wypadły :P

 

Sportowo nie jest najgorzej, tzn chodzę na zajęcia, staram się 2x w tygodniu, ale grudniowy leń czasem pozwala tylko na 1x. Dobrze że chociaż tyle, choć nie jestem dumna, że TYLKO tyle. 

Z jedzeniem rewolucja jak w temacie, tzn cały grudzień pod kątem testowana oferty jednej z wieeelu firm oferujących całodniowe wyżywienie z dowozem do domu. Wybrałam 1500 kcal i początkowo był dramat: byłam bardzo-bardzo głodna, nie najadałam się w ogóle, bo porcje nie dość że niewielkie, to jeszcze węglowodanów też znikomo. Ale potem przyzwyczaiłam się i teraz spokojnie najadam się taką ilością jedzenia. Plusy są gigantyczne, bo jedzenie jest świetnie zbilansowane, zróżnicowane, poporcjowane. Bardzo smaczne, a jestem trochę francuski piesek, który nie znosi weget, półproduktów i wszelkich dróg na skróty w jedzeniu. Dziś przykładowo miałam na śniadanie serek wiejski w stylu tzatziki, razowe pieczywo z plasterkiem pieczonego indyka. Na 2.śniadanie zupa-krem brokułowy (tu na zmianę z sałatkami z owoców). Na obiad plaster schabu ze śliwką, pęczak, ćwikła. Na kolację sałatka z pstrągiem, awokado, pestkami i miksem sałat + razowe grzanki. Brzmi dobrze, smakuje dobrze. I bardzo wygodnie: dostajemy co rano torbę pod drzwi, kuchnia jest czysta, zmywarka zmywa raz na tydzień w najlepszym przypadku. Zużywamy mniej prądu, wody, naszego czasu i energii. Finansowo nie wychodzi źle, po negocjacjach i wykupieniu 2 miesięcy z góry wychodzi mi 38 zł dziennie. Do tego dokupuję tylko wodę mineralną. Gotujemy tylko w weekendy. Po tych prawie 3 tygodniach nie mogę się nachwalić. O ironio wydajemy mniej na jedzenie niż w przypadkowych zakupach, jedzeniu w knajpach czy na wynos.
To co niestety zakłóca piękny dietetyczny obraz jest okres przedświąteczny w pracy, gdzie w kółko krążą jakieś ciasteczka, bombonierki, czekoladki. Kolejne urodziny (w sumie: pięć w grudniu) z ciastem. Niestety, nie jestem święta i się regularnie daję skusić. Blee :/
W święta też nie będzie wesoło (duh!), ale noworoczne przyrzeczenia już a pasem, od czego nowy początek! Do końca lutego mam opłacone 1500 kcal dziennie, więc moc jest ze mną ;) 

17:43, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 listopada 2015
Listopad miesiącem wycisku

Wieści z frontu nie najgorsze, ale też nie na wypasie.

Na plus na pewno muszę wrzucić drugi NORMALNEJ długości cykl. Po pół roku regulowania się Duphastonem pierwszy cykl "solo" trwał 39 dni, a drugi już tylko 30 dni. Nigdy, przenigdy w swoim 32-letnim życiu usłanym PCOS nie miałam sama z siebie, bez żadnego wspomagania pigułkami anty czy innymi hormonami, normalnej, poprawnej długości cyklu. Także pod tym względem jestem przeszczęśliwa i radosna. Co prawda testy owulacyjne wykazywały różne szaleństwa, ale biorę to na karb skoków LH, które przy PCOS są normą. Jak dalej cykl będzie tak hiper-poprawnie podręcznikowy to spróbuję monitoringu owulacji.
Więc tak - Inofem to zdecydowanie TO. I metformina. Hell yeah. 


Na kolejny plus wrzucę sport, który zaczęłam wreszcie regularnie uprawiać. Chodzę na fitness i to nie z gatunku tylko pilates czy stretching, ale pół godzinny wycisk cardio i pół godzinne hantelki, brzuszki i jazda na macie. Na razie dwa razy w tygodniu, postaram się dorzucić w weekend trzeci raz, ale nie chcę przesadzić, bo mi jeszcze entuzjazm opadnie od takiego zaangażowania ;) 

Wrzuciłam na luz zupełnie. Nie przejmuję się totalnie tym, czym się dotąd przejmowałam (aż mi wstyd przyznać, że taka głupota potrafiła mi wejść na psyche), czyli tymi wszystkimi dzieciakami w opiętych ciuchach, które udają że ćwiczą w odwalonym do przesady klubie, a tak właściwie to chodzą na gładki podryw przy sztandze ;) Mijam to wszystko w ciuchach poślednich, na pewno nie opiętych, bez makijażu i innych przydatków samicy poszukującej. Idę się spocić, wracam sino-czerwona przez ten sam tłumek kopii Lewandowskich. Serio, nie rozumiem tej rui na siłowni, nie wszędzie to jest, ale mój najbliższy klub fitness tak ma :)


Z minusów - moje radosne autoagresje powiększyły się o łysienie telogenowe. Czyli ze stresu. Od miesiąca wyjmuję garście włosów z głowy, została mi może połowa, w ostrym świetle mam prześwit na prześwicie :( Przestawiłam się na łagodne szampony bez SLS, przedzieram się przez zaopatrzenie internetowych sklepów z syberyjskimi wcierkami, maskami i innymi cudami do włosów. Trycholog zdiagnozował to jako telogenowe, nie androgenowe wypadanie (dzięki Bogu!), zaproponował horrendalnie drogie kosmetyki i kazał się nie stresować (doh!). Pokazała na kamerce powiększenie moich mieszków włosowych, powiedziała mi kiedy dokładnie miałam większe stresy w ciągu ostatnich miesięcy (cholera, miała rację co do tygodnia :/) i kazała się uspokoić. Włosy odrosną, mam się lepiej odżywiać, dbać o siebie, nie przejmować się, bo mi się "mieszki zaciskają na włosach i je ścinają jak obcęgi". Hemm. 

Dałam się namówić tylko na peeling enzymatyczny do skóry głowy za (bagatela) 100 zł, odmówiłam wcierkom za 200 zł i serum za 450 zł. Peeling faktycznie fajnie oczyszcza, potem wszystkie moje krople i maski babuszki Agafii jakoś były bardziej skuteczne (a naprawdę są skuteczne). Włosy od wizyty u trycholożki jakoś przestały tak wypadać, może wystarczyło że powiedziała że to nie łysienie androgenowe, które jest nieodwracalne i ciężkie? Bo przyznam że ostro sobie wkręciłam to hormonalne łysienie, w końcu mam podstawy - PCOS.

Z minusów dalszych - jem nie najlepiej. Słodycze są moją psychiczną odskocznią i nagrodą, nie wiem dlaczego, po co i jak to się stało. Poza tym fast foody są opanowane, nie jem świństw, raczej normalnie i bez przesady. Tylko że te słodycze :[ 



21:59, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 października 2015
Hey-ho, PCO

Trochę mnie tu nie było. Dietetycznie jest średnio na jeża, nie oszukujmy się - Glucophage (czyli metformina) powoduje, że nie tyję, trzymam wagę, choć przydałoby się zrzucić tak z 10 kg lekko licząc... Ostatni ponad miesiąc to niestety słaby czas, właściwie ciągle byłam chora, przeziębiona i kichająca, albo - o ironio! - miałam przejścia z CMV, czyli cytomegalowirusem. Lekarz kazał mi zrobić standardowy zestaw badań przed zajściem w ciążę (przeciwciała CMV, różyczka, itp.) i się okazało że byłam akurat idealnie w trakcie infekcji CMV, które przechodziłam niby spokojnie, ale jednak 2 tyg byłam bardzo osłabiona, roztrzęsiona i ledwo mogłam z łóżka wstać.
Tym sposobem z kupionego karnetu na jogę na 2 wejścia w tygodniu wykorzystałam aż 3 przez cały miesiąc :/

Tak czy inaczej są małe sukcesy: po odstawieniu Duphastonu (w sumie 5-6 miesięcy, 2 tabletki dziennie od 16 dnia cyklu przez 10 dni) okres o dziwo wrócił, może nie super punktualnie, ale był. Zaskoczenie miesiąca, bo 39 dnia cyklu straciłam wszelką nadzieję i już sięgałam po Duphaston, a tu bum. Lekarz kazał mi czekać do 40 dnia cyklu na miesiączkę i miał rację. Mój okres z Duphastonem trwał 30-31 dni. Bez Duphastonu - 39 dni, z bardzo złym samopoczuciem od ok. 18-20 dnia cyklu (opuchlizna, ból brzucha i piersi, zatrzymywanie wody i potworny nastrój).
Inofem piję albo dwie saszetki, albo jedną, staram się codziennie. Glucophage łykam codziennie, do tego olej z wiesiołka, neomag forte, witaminę D3.
Kupiłam gigantyczną pakę testów owulacyjnych, bo żywo mnie interesuje jak to u mnie z owulacją jest. Bawienie się w śluz mnie nie pociąga, znowu wiem że u osób z PCOS testy owulacyjne mogą być zakłamane, skoro poziom LH jest u nas zawyżony, więc testy owulacyjne bazujące na poziomie LH mogą dać pozytywne wyniki przez 2-3 tyg non stop... Co nie znaczy że owulacja wtedy jest, tylko mamy spieprzone hormony i wynik jest błędny. W ostatnim 14-15 dniu cyklu kilka testów owu dało wynik negatywny, potem testy mi się skończyły więc realnie nie wiem kiedy i CZY miałam owulację w ostatnim cyklu. Teraz będę się już bawić w testowanie bardziej sumiennie, bo mam kupione aż 50 pasków testowych.

 

Kolejny mały sukces to świetne wyniki TSH, mianowicie 0,8. Zbite z ponad 4,5 przez ostatnie 2-3 lata. Przeciwciała tarczycowe są, ale na tym samym poziomie co kilka lat temu. 

Plan jest taki, że kolejny cykl będzie znów w granicach normy, czyli będzie trwał max 39-40 dni. Od listopada zacznę ćwiczyć realnie i faktycznie (od listopada startuje niemal 50% obniżka na karnet open w pobliskim klubie, więc grzech nie skorzystać...), przestanę też depresyjnie podżerać słodycze, bo jesień, zimno i ciemno.

niedziela, 06 września 2015
Back on track

Chciałam dzisiaj o powrotach.
Zejście ze "złej ścieżki" nie jest proste i każdy ma na to swoją metodę. U mnie po dwóch miesiącach dietowej laby sprawdza się metoda małych kroków, nie rewolucji. Niektórzy uznają tylko nagłe i radykalne zmiany, które działają w zamyśle hiper-motywująco, dają kopa energetycznego i są swoistą nową, czystą kartką i grubą kreską odcinającą od przeszłości. Ostatnio miałam na tym tle sporą dyskusję/kłótnię ze swoim mężem, który jako osoba odżywiająca się bardzo zdrowo, uprawiająca sport i czująca się z tym świetnie w ogóle nie rozumie mojego podejścia. Gdy u mnie kilkanaście lat najróżniejszych diet, kompleksów i emocjonalnego obżerania się narobiły sporo bigosu w głowie - z takim bagażem nie dla mnie rewolucje.
Nie jestem i nie będę świętą i bezbłędną na diecie, na to nie ma szans. Po pierwsze zdrowe odżywianie ma być sposobem na życie, a nie chwilową zabawą żeby zrzucić to i owo. W związku z tym, jak to w życiu, wpadki, urodziny, grille, wesela, imprezy, wypady do miasta ze znajomymi - wszystko to będzie miało miejsce i nie uniknę pokus. Ważne żeby się nie fiksować i umieć zjeść małą porcję, wybrać mniejsze zło, a na drugi dzień wrócić do racjonalnego odżywiania. Mając to na uwadze nie wolno wręcz wybierać drogę bezkompromisową i nagłej rewolucji, skoro i tak wiadomo że wcześniej czy później dojdzie do "porażki", bo zjedzenie np. porcji ciasta na imieninach mamy, gdy tego typu sytuacja ma miejsce raz na miesiąc, wcale "porażką" nie jest. Nie musi i nie może być postrzegane. Jak się spada ze zbyt wysokiego konia tyłek boli dużo bardziej i trudno wrócić na siodło. Dlatego żadnych rewolucji, żadnej "tabula rasa", żadnych obietnic nieskalanej i ultrazdrowej diety bogów. 



Od czego zacząć? Od nastawienia, oczywiście. Warto sobie powiedzieć, że koniec "tego dobrego", które wcale dobre nie było, a wręcz szkodliwe... Że czas wrócić, że słodycze czy smażeniny są złe dla zdrowia: dla wagi, cery, włosów, wyników hormonalnych, wreszcie dla mojego własnego cyklu miesiączkowego. Myślenie o tym, mobilizacja, zbieranie sił - tyle ile trzeba - jest moim zdaniem kluczowym punktem wyjścia. Dopiero z taką "zbroją" pozytywnego myślenia, kumulowania sił można wrócić do zdrowego odżywiania i stylu życia. Często nawet nieświadomie, od samego rozkminiania że jem niezdrowo zaczynam jeść dużo lepiej. Bardziej racjonalnie i świadomie.
Potem rachunek sumienia. I czas na zważenie się. Trzeba stanąć twarzą w twarz ze swoimi grzeszkami i jaki jest ich skutek. Przyznam że po skończeniu miesiączki, gdy stawałam na wadze, oczekiwałam dobrych kilku kilogramów na plusie w stosunku do końca czerwca. W końcu dwa miesiące wakacji, Bałtyk, piwo, gofry i beztroskie wyżerki MUSIAŁY się tak skończyć. O dziwo przybyło mi tylko.... 0,4 kg. To że jestem w szoku to mało powiedziane. Jedyną odpowiedzią jest metformina, z którą nota bene miałam ok 3 tyg przerwy, gdy lekarz uciekł mi na urlop i nie miałam recepty na kolejne opakowania. 
Serio, normalnie po tym co jadłam i przez jak długi czas oczekiwałabym co najmniej 3-4 kg na plusie, z szalejącym PCOS powinno być nawet więcej. A tu niemal nic, tzn. w granicach błędu.
Oczywiście tylko dzięki temu nie jestem kłębkiem rozżalenia, wyrzutów sumienia i poczucia beznadziei, które musiałabym mozolnie wyciszać i motywować się ze zdwojoną siłą. Z tak łaskawym podejściem mojego organizmu (Glucophage - kocham cię!) moje "grzeszne lato" nie pozostawiło wpływu na mojej wadze.  


Jem obecnie nienajgorzej, ale też nienajlepiej. Gdzieś po środku. Ograniczyłam słodycze, czyli moją największą ciągotkę, jem zdrowe śniadania (kasza jaglana + owoce) co bardzo, bardzo pomaga zwalczyć głód słodyczy w ciągu dnia. Drugie śniadania zawsze jadłam w porządku, obiady są coraz lepsze (gotuje mocno dietetycznie mąż, za co mu chwała i cześć), kolacje - trudny temat - też niezgorsze. Największe grzechy zeszłego tygodnia to jakieś przypadkowe słodkości, ale nie bezrefleksyjnie (a to różnica, kto ma wiedzieć ten wie ;) tylko świadomie zjadłam kawałek urodzinowego ciacha.
A jutro pierwsza od lat joga. 

czwartek, 27 sierpnia 2015
Koniec wakacji. Koniec tego dobrego

Cóż, wyszły mi klasyczne wakacje w diecie, w zdrowym trybie życia. Równe dwa miesiące laby i wpieprzania. Jak tylko minie okres ważę się i zobaczymy na czym stoję.

Abstrahując od cyferek na wadze: czuję się źle. Opuchła i straszna, niby wiadomo - te dni - ale wciąż. Efekty nie dbania o zdrowe jedzenie dają o sobie znać.
Byłam u mojego endo-gina ostatnio, który pokiwał palcem i nie był zadowolony. Ale wyników badań nie mam złych (TSH), za miesiąc mam spróbować sama mieć okres o czasie, zobaczymy czy moje jajniki zaskoczą po prawie pół roku Duphastonu. Nadszedł też czas, że po miesiącach kołowania wokół tematu mówię wprost, że chcę zajść w ciążę. Decyzja podjęta, co prawda "pan mąż" nie do końca jeszcze czuje wolę, ale od samego próbowania pewnie mykiem nie zajdę. Tylko to potrwa. PCOS i Hashimoto niczego nie ułatwiają... Zegar tyka, chcę tego, nie ma na co czekać. Napędza mnie jeszcze (nie ukrywam) wysyp ciąż wokół, więc zaczyna mnie w tym temacie ściskać w dołku; a co jeśli cholerne PCOS i Hashimoto wszystko udaremnią. No, ale nie ma co krakać.
Tak czy inaczej na następną wizytę u endo-gina mam mieć gotowy zestaw badań i będziemy wykrywać czy owuluję czy nie. 

Anyway - od 7 września zaczynam zajęcia z jogi dwa razy w tygodniu, niedaleko mnie, świetna szkoła, joga z gatunku dynamicznych (no, ale na początku nie zrobię tego co niżej...). 
Joga, bo chcę też się przez to zrelaksować, wyciszyć, popracować nad głową przy okazji ćwiczeń i medytacji. Ćwiczyłam laaata temu, na studiach, lubiłam.

 

Od jutra (bo nie od dziś, skoro jest prawie 23.00 i już i tak nic nie zjem ;) wracam do zasad od dietetyczki, czyli:

  • śniadanie: 1/2 woreczka kaszy jaglanej z dwoma owocami o niskim IG 
  • 2 śniadanie: kanapka z razowego pieczywa żytniego z pastą roślinną i warzywami
  • obiad: chude białko + kasza lub ryż brązowy + warzywa
  • kolacja: koktajl z owoców lub zestaw jajko+warzywa czy sałatka z jakimś białkiem.

Bez słodyczy, bez świństw, bez drogi na skróty. Wracam do gotowania.
I bez kawy, bo znów mnie diablo ciągnie... 

22:17, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2015
Przerwa wakacyjna i posypywanie głowy popiołem

Wakacje - niestety, wakacje też na tym blogu. I jeszcze bardziej niestety - wakacje w diecie.
Zebrało się sporo wyjazdów, grillów, nadbałtyckich gofrów, odwiedzin rodziny i u rodziny. Lato to zawsze u mnie spiętrzenie życia towarzyskiego i jego uciech, co niestety nie służy autorefleksji i tzw "wzięciu się w garść".
Afrykańskie upały biją wszelkie rekordy, kolejny tydzień z ponad 30 stopniami w cieniu, to jedyne co mnie uratowało przed totalnym popadnięciem w żarcie. Jem co prawda niezbyt zdrowo czy racjonalnie, ale dzięki tym temperaturom niezbyt wiele. 
Do tego niestety dorzucam kolejny kamyczek do samousprawiedliwiania się, czyli pracę i sytuację w niej. Jest na tyle niedobrze z atmosferą, że szukam czegoś innego; chodzę na rozmowy i jest szansa na zmianę. Wbrew wszelkiej logice, że inna praca nie da mi tak komfortowych warunków dla macierzyństwa, które przydałoby się zacząć wdrażać w życie ;)
Zobaczymy. Ucieczka z wrogiego środowiska w pracy w ciążę to w końcu też jakieś wyjście... Tym bardziej że na tą ciążę już czas najwyższy.

Ale wracając do głównego tematu: dieta u mnie nie istnieje, jem bezrefleksyjnie i jadę na utartych schematach, ale na szczęście nie popadłam w spiralę obżarstwa. Powoli też zaczyna mi się tęsknić za kontrolą, lekkim i zdrowym jedzeniem. Do końca sierpnia chcę wyjść na prostą. Po skończeniu tych cholernych upałów wrócę do roweru i zapiszę się do pobliskiego klubu fitnes, bo mam go dosłownie za rogiem i grzech nie korzystać. W przyszłym tygodniu mam też mojego endokrynologa-ginekologa, który wreszcie po 4 miesiącach mi powie jak się ma mój PCoS, zrobię badania i pokminimy temat ciążowy. Coraz częściej mam myśli, że to już, że w sumie to chcę.

13:23, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2015
Kryzys.

Kryzys jest nieunikniony. Dzisiaj mijają dokładnie 3 miesiące odkąd rozpoczęłam dietę.

Jestem chora, na antybiotyku w domu od niemal tygodnia, znudzona jak mops. 

Nie chce mi się gotować, apetyt mam tylko na mocne smaki: słone, najlepiej tłuste, kwaśne, pikantne, słodkie dla odmiany też. Nie chce mi się myśleć o jedzeniu i skąd się bierze, maruda i leń każe mi wykręcić numer do pizzerii czy kebabowni i zamówić dostawę prosto pod mój koc.
Od ponad tygodnia nie jem najlepiej, zdarzają się grzeszki, chociaż muszę przyznać, że są to innej maści grzeszki niż kiedyś, które powodowały „czarną dziurę” i spiralę bezmyślnego obżarstwa. Ewidentnie ta diabelna metformina działa i trzyma w ryzach poziom insuliny i glukozy we krwi, bo skończyły się epizody szaleństwa na punkcie KFC i czekolady. Owszem, kupiłam paczkę biszkoptów wczoraj (skoro wielką atrakcją tygodnia są zakupy w Almie…) i je sobie jem, wciągając kolejny serial, ale nie jest to czarna plama przed oczami i pakowanie jednego ciastka za drugim, jak drzewiej bywało. Umiem przestać po kilku kawałkach i odłożyć na później.
Pomagają warzywa i lato, bo jakkolwiek tłusty kebab z jagnięcia jest dobry, to młode ziemniaki z koperkiem i mlekiem zsiadłym, fasolka szparagowa, młody groszek i bób, botwina – to są też smaki, za którymi szaleję.

 

Jak pozostać „na ścieżce”, jak nie rzucić w diabły diety. Tak ku pamięci i powtarzaniu jak mantrę:

1. Apetyt i „głód” to bardzo często pragnienie. U mnie w jakiś 75% przypadków. Jak mam ciągotki, to piję wodę mineralną i jeśli po pół godzinie dalej jestem głodna, to już zwykle na coś zdrowszego niż pizza. „Szklanka wody zamiast” – ha, jak aktualne…

2. Banał pt. nie kupuj zakazanych rzeczy, żeby sobie były na wszelki wypadek, bo wtedy przy lekkim załamaniu będą wołać z szafki, żeby je zjeść ;) Nie idź na zakupy o głodzie, w znudzeniu i smuteczku (bo np. mi  zawsze humor poprawiało Prince Polo i tłusta chińszczyzna).

3. Lodówka powinna być pełna dobrego, zdrowego jedzenia. Dobrze planować zakupy i posiłki, nawet nie bardzo szczegółowo, ale żeby wiedzieć co zjem jutro na obiad.

4. Jak już zjesz coś zakazanego, to nie załamuj się i nie „idź w długą”, tylko wracaj na dobre tory. Jedna załamka to nic złego, poza podkopaniem silnej woli i rozbudzeniem apetytów. To drugie jest nawet groźniejsze, dlatego po chwilowej słabości warto zadbać, żeby kolejny posiłek był nie tylko zdrowy, ale też pyszny i satysfakcjonujący.

5. Najważniejsze, to trzeba myśleć. Brzmi głupio, ale jest najistotniejsze. Bo po latach niezdrowego trybu życia nasz autopilot to zły autopilot, będzie próbował skręcać i iść na łatwiznę. Trzeba – niestety – dokonać wysiłku tej bezustannej samokontroli, uważności i przewidywania, czy np. znudzenie, niepowodzenie w pracy, PMS nie prowadzą nas prościutko w ramiona przybytku typu fast food i cukiernia. To jest męczące i trudne, but stay focused.


 
Nie ważyłam się od jakiś 2 tygodni i mam do siebie wyrzuty o to tchórzostwo. Waga pewnie stoi w miejscu, mam nadzieję że nie podskoczyła w górę (ale nie sądzę – moje kontrolne, obcisłe gacie dalej są luźne). Za tydzień czas na pierwsze bikini w tym roku. W otoczeniu dziewczyn chudszych o jakieś 15-20kg. Oczywiście zamiast cieszyć się na lato, wodę, sielskość wsi, psów i ogrodu, myślę tylko o tym, jak wyróżniam się na ich tle. Nie jest to coś co robię świadomie i ciągle, ale takie niskie, głupie dołowanie się zatruwa mi głowę i wyjazd. Bez sensu, ale nie umiem tego nie robić.

14:04, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 czerwca 2015
Inofem - opinia po niemal 3 miesiącach

Piszę tą notkę, bo wiem jak ciężko znaleźć wyczerpujące informacje i opinie użytkowników na temat tego suplementu, czyli Inofemu. Jest to produkt stosunkowo nowy w Polsce, dedykowany kobietom z PCOS (czyli syndromem policystycznych jajników).  Za granicą ma dobre opinie.
W przypadku PCOS nie ma mowy o wyleczeniu jako takim, można jedynie łagodzić objawy do stanu względnej równowagi. Chociaż jest wiele historii o zupełnym „wyjściu” z PCOS poprzez np. dietę wegańską (lub chociaż: zdrową), sport, bardziej zrównoważony styl życia, oraz – oczywiście – suplementy, często całkiem kosztowne. Zasadniczo pomóc w przypadłościach związanych z PCOS ma zdrowe odżywianie oparte najlepiej na niskim indeksie glikemicznym, zbicie wagi (bo zwykle PCOS równa się co najmniej nadwadze), regularne uprawianie sportu (ale tego spokojnego, nie „stresogennego” – czyli raczej joga, pilates, marszobiegi, niekoniecznie tenis, sprint, crossfit), no i równowaga hormonalna. 


Ten ostatni czynnik właściwie jest najważniejszy, bo od niego się wszystko zaczyna i na nim się kończy. Czy to zła dieta wywołuje insulinooporność, a przez to PCOS, czy to PCOS przyspieszają wystąpienie tzw zespołu metabolicznego (czyli nadciśnienie, otyłość, wysoki cukier we krwi, itd.)? Nie jestem lekarzem, jedynie do takich chodzę i staram się pytać o wszystko co dla mnie istotne. W moim przypadku występuje nieznaczna insulinooporność (zawyżony poziom insuliny we krwi, ale jeszcze działającej ok, tzn glukoza jest dobrze obniżana insuliną w badaniu obciążenia glukozą), nadwaga, wypadanie włosów, torbiele na jajnikach, nieregularne cykle (co 3-4 miesiące), za wysoki poziom testosteronu i cholesterolu. Nie mam wyników bardzo złych, tzn wysoko przekroczonych – wszystko odrobinę powyżej normy. Do tego Hashimoto i związaną z nim niedoczynność tarczycy, chociaż po kilku latach leczenia wyniki badań tarczycy mam bardzo dobre. Ogólnie mój organizm jest dość autoagresywny – mam liczne alergie, regularne rzuty łysienia plackowatego, wieczne wysypki, nadwrażliwości na słońce, własny pot, ogólnie: wszystko ;)
Brzmi fatalnie, ale da się żyć. Mam te przypadłości od dzieciństwa, więc nie znam innego stanu rzeczy, niż ciągłe dbanie o smarowanie się, ochronę przed słońcem, tabletki i leki na uczulenia.

PCOS mam zdiagnozowane od niedawna, chociaż doskonale wiem, że mam je od dobrych 10-12 lat. Łykanie antykoncepcji przez długie lata tylko uśpiło problem. Łykam od kwartału Glucophage 1000XR, Duphaston w drugiej połowie cyklu (wielka ulga, mieć regularne krwawienia – kto ma wiedzieć, ten wie ;), do tego suplementy: olej z wiesiołka, witaminę D, B6, B12, magnez. No i Inofem.

Na informację o tym suplemencie natknęłam się na jakimś forum internetowym, podpytałam lekarza – stwierdził, że ma dobre opinie, można spróbować, chociaż jest drogi. Faktycznie, cena jest dość odstraszająca (w internetowych aptekach od 58 zł do 79 zł za 60 saszetek, oczywiście – bez recepty), ale pomyślałam że spróbuję. Substancje czynne to kwas foliowy i mio-inozytol. Kwas foliowy jest bardzo istotny gdy planujemy ciążę, wiadomo, a mio-inozytol ma regulować wiele procesów występujących w organizmie, od gospodarki cukrowej i lipidowej, po pracę układu nerwowego i endokrynnego.
Suplement występuje w formie rozpuszczalnego w wodzie proszku w pojedynczych saszetkach (opakowania po 30 i 60 szt.).  Smak cytrynowy, słodki, dość syntetyczny. Początkowo piłam jedną saszetkę, potem dwie dziennie. I owszem – zauważam różnicę. To co widoczne na pierwszy rzut oka to poprawa stanu skóry, która po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej zmieniła mi się o 180 stopni. Z suchej, ściągniętej i łuszczącej się przeszła w tłustą, łojotokową, zapychającą się. Z trądzikiem i wieloma zapchanymi w podskórne grudki porami. Po ok. 10-14 dniach z Inofemem skóra się wygładziła, unormowała z przetłuszczeniem. Podobnie z włosami, które przerzedzały mi się, a zaczęły odbijać (łysienie androgenowe to jeden z objawów PCOS), mam teraz sporo tzw. baby hair. Unormowały mi się też wyrastające znienacka włosy, np. nad górną wargą, na brodzie, na bokach twarzy – to może nieźle załamać, co prawda włoski były jasne (tylko bardzo nieliczne były grubsze i ciemne), ale wyraźnie dłuższe. Teraz po regularnych depilacjach przestały odrastać te ciemne, a cała reszta jest dużo krótsza i po prostu… normalna ;) 


Ciężko mi stwierdzić czy Inofem działa faktycznie na układ nerwowy czy hormonalny – w przypadku tego pierwszego nie jestem na tyle obiektywna, by osądzać ;) A w przypadku tego drugiego – jestem w trakcie terapii metforminą, czyli Glucophage, więc obniżenie insuliny, zmniejszenie apetytu na słodycze, no i wreszcie schudnięcie zawdzięczam raczej metforminie, nie Inofemowi. Chociaż mógł swój wkład mały mieć w ogólną poprawę. Moje cykle dzięki Duphastonowi są teraz jak w zegarku (2x1 od 16 do 25 dc), chociaż nie monitoruję ich, więc nie wiem czy są owulacyjne czy bezowulacyjne. Chwilowo nie zabieramy się poczęcie potomka, więc na razie cieszą mnie regularne krwawienia i dzięki temu – dobre samopoczucie. Na badania owulacji przyjdzie czas.
Zauważyłam również zmniejszenie opuchlizny, szczególnie opuchlizny pod oczami i na twarzy. Nie ma to związku z utratą wagi, po prostu mój organizm uwielbia zatrzymywać wodę, a powieki i twarz wręcz puchły mi szaleńczo – teraz jest naprawdę ok. Wręcz ze zmianą rysów twarzy. Inofem mogę na pewno szczerze polecić w działaniu na zewnętrzne skutki PCOS, czyli skórę, włosy, nadmierne owłosienie. Widzę efekty, bo gdy np. wyjechałam na dłużej i zapomniałam Inofemu to po kilku dniach skóra się tłuściła i zapychała. Moim zdaniem pozytywnie wpływa też na metabolizm i spadek wagi. Chudnę stabilnie, powolutku, ale do przodu – mimo wielu wpadek i grzechów.
Z dziwnych skutków: dziwnie po Inofemie… pachnę. Skóra w np. zagłębieniu łokci czy dłonie, gdy się spocą, czuć troszkę metalicznie, troszkę jakby samoopalaczem (którego nie stosuję ;) czyli spalenizną. Dziwnie, ale nie jest to nic przykrego czy odstręczającego. Ewidentnie jest to po suplemencie, bo zaczęłam go łykać zanim się zabrałam za Glucophage czy Duphaston. 
Notka nie jest sponsorowana, suplement kupuję za własne ciężko zarobione pieniądze ;)


Informacje ze strony producenta:

Inofem to nowoczesny suplement diety, zawierający 2000 mg mio-inozytolu  i 200 µg kwasu foliowego. Stworzony został w oparciu o nowoczesną technologię, gwarantującą najwyższą jakość produktu. Dzięki zawartości inozytolu i kwasu foliowego Inofem przyczynia się do utrzymania fizjologicznej równowagi hormonalnej u kobiet, pomagając uzupełnić niedobór tych substancji w organiźmie. Zawarte w suplemencie substancje odżywcze przyczyniają się do prawidłowego wzrostu tkanek matczynych w czasie ciąży (w tym jej wczesnego etapu), biorą udział w procesie podziału komórek, pomagają w prawidłowej produkcji krwi.Inofem nie zawiera konserwantów, laktozy, glutenu, jak również jest bezpieczny dla osób chorych na cukrzycę!
Substancje aktywne:
Mio-inozytol jest ważnym elementem ściany komórkowej i mediatorów biochemicznych wewnątrzorganizmu, między innymi wpływa na reakcje komórek na insulinę (hormon biorący udział m.in. w metaboliźmie węglowodanów). Dodatkowo badania prowadzone w ostatnich 20 latach wykazały istotną rolę mio-inozytolu w procesie dojrzewania komórek jajowych w jajnikach.
Kwas foliowy należy do grupy folianów i wpływa na wiele funkcji metabolicznych w organiźmie. Pomaga w utrzymaniu prawidłowego metabolizmu homocysteiny, prawidłowej syntezy aminokwasów. Jednocześnie bierze udział w procesie podziału komórek, w tym komórek jajowych – oocytów oraz pomaga w prawidłowej produkcji krwi.
Substancje pomocnicze:
Maltodekstryna jest naturalną substancją pochodzenia roślinnego, mieszaniną poli i oligosacharydów. W Inofemie zastosowana jest w charakterze nośnika w aromacie i premiksie witaminowym, umożliwiając bardzo precyzyjne odmierzenie dawki kwasu foliowego. Ilość maltodekstryny zawarta w 1 saszetce Inofemu nie przekracza 0,037 g (37 mg) i nie stanowi przeciwwskazania nawet w przypadku cukrzycy. 
Naturalny aromat cytrynowy

wtorek, 09 czerwca 2015
Metformina i dieta - tydzień 8-10.

W równe dwa miesiące - w sumie 7 kg mniej (stan 25 marca - 25 maja)
Z weekendowymi grzeszkami (a wręcz wielkimi grzeszyskami, jak pizza czy lody, lub imprezy rodzinne z całodzienną wyżerką!), z czysto ludzkim zapominaniem, czasem wygodnictwem, jedzeniem owoców i chleba po 21-ej, czasem nie jedzeniem nic przez pół dnia.

Nie jestem więc idealna, a jednak waga spada.

Jak dla mnie przyczyna jest jedna - ustaliłam sobie cel dążenia do dobrej dla mnie wagi i zdrowia, ale bez spinki, że to musi być "na już". Na lato w bikini, na wesele, itd. Czyli dojdę w swoim tempie i wpadki wpisuję właśnie w to dążenie do celu, bo nigdy nie ma idealnego momentu, gdy człowiek ma mnóstwo czasu na rozważania okołodietowe, zakupy, gotowanie, jedzenie z zegarkiem w ręku. 
Taki dzień idealnego startu diety nie nadejdzie nigdy, więc celebrowanie tego momentu startu (od poniedziałku!) jest z gruntu bez sensu. I szkodzi, bo jeśli to jest tak wyjątkowe, to powinno być idealne, bez odstępstw, a wiadomo, że odstępstwa będą.

Obecnie jestem po takich celebrach jak wyjazdowa komunia u rodziny - 3 dni jedzenia, świętowania, toastów. Zaczęły się liczne imprezy urodzinowe, grille, ogniska. Długi weekend z jednym wielkim ogniskiem i wyżerką. Nie odmawiam jak szalona - owszem, jem, ale trochę. Trochę czipsów, czy karkówki z grilla, trochę słodyczy. A potem z przyjemnością (prawdziwą, nie fałszywą!) i bez wyrzutów sumienia wracam do zdrowego jedzenia.

 

Obecnie po prawie 10 tygodniach jeszcze się nie ważyłam - dzięki Duphastonowi mam wreszcie regularny cykl, także czekam aż mi zejdzie około-okresowa opuchlizna i wskakuję na wagę. Choć nie zdziwię się, jeśli waga stanęła, bo ostatnie 7-10 dni to właśnie jedno wielkie popuszczanie pasa. Ale co się odwlecze - to nie uciecze. Wróciłam na dobre tory, więc nieco później, ale schudnę. Za to jestem psychicznie stabilna, bo pozwoliłam sobie na kilka przyjemności i nie wybuchnę w konfrontacji z pizzą czy innymi takimi ;)

Z sukcesów: rower. Wsiadłam na rower trochę spontanicznie, z głupa, przypadkiem. Okazało się, że super mi się jeździ, przyjemnie i szybko. Mam sporo pięknych ścieżek rowerowych, więc najszybciej do pracy obecnie dostaję się na rowerze (piechotą: 30 min, tramwajem: 20 min, rowerem: 10 min). W upały wiatr fajnie chłodzi, bo upały już zaczęły się dawać we znaki. Rower mam zgraciały i niepiękny, ale za to nie ma strachu że mi ktoś go ukradnie. A jest mój, sprawdzony i rozjechany do idealnego komfortu swojskiego grata. 

 

Z frontu zdrowotnego: tarczyca ustawiona (TSH 1,3), dzięki Duphastonowi cykl jak w zegarku. Glucophage dalej miło zniechęca mnie do słodyczy (a jak już jem, to są za słodkie i aż szczypią w język, serio). Po 2 miesiącach picia suplementu Infofem (2 saszetki dziennie) mogę z czystym sumieniem i szczerze potwierdzić, że działa. I warto go kupić, mimo wysokiej ceny. Gdy wyjechałam na dłuższy wyjazd i zapomniałam Inofemu - po 2-3 dniach cera się popsuła i przetłuściła. Naprawdę działa, wygładza cerę. Włosy ruszyły mocno na przód, zagęściły się, super się układają, a nawet zaczęły się skręcać (a miałam proste jak druty). Z włosami to efekt długofalowy oczywiście, ale dzięki Bogu nie wypadają, a wręcz przeciwnie - mam mnóstwo baby hair. Nie wiem co zadziałało: czy Glucophage obniżył insulinę, a przez to spadł testosteron? Czy to zrobił Inofem? Anyway: testosteron na bank spadł, bo włosy, które mi zaczęły rosnąć dziwnie szybko tam, gdzie nie powinny (górna warga, bikini, itd) - przestały. Jest to o tyle ciekawe, że pojedyncze ciemne, twarde włosy po wyrwaniu odrosły najpierw jako jasny blond, a potem tylko cienki puszek, czyli klasyczne, kobiece, delikatne włoski. 

Za ok. miesiąc, jak skończę kwartał z Glucophagem, powtórzę badania krwi i idę na USG, zobaczymy czy jajniki przestały być policystyczne (a nuż..?)

sobota, 16 maja 2015
Metformina i dieta - tydzień 7.

Waga pokazuje ponad 6 kg mniej po prawie 7 tygodniach diety.

Cieszę się! :) Za chwilę wejdę w nową cyferkę z przodu mojej wagi, a to naprawdę mobilizuje. Podobnie jak spadające z tyłka gacie ;)


Najważniejsze, że wreszcie, po okrągłych 100 dniach wrócił okres, zeszło ze mnie półtorej kilo wody w dobę i "życie stało się lepsze". Może to zabrzmi głupio, ale rozwalony cykl potrafi narobić mnóstwo szkód, abstrahując od kwestii płodności to uciążliwości życia codziennego potrafią nieźle dać w kość. Cała ta opuchlizna, nastroje, bóle, ciągnący się miesiącami PMS... Koszmar i dla mnie, i dla otoczenia. PCOS to kawał cholery.

Cera jest w super stanie - w życiu nie uwierzę we wszelakie kosmetyki antybakteryjne na trądzik czy pryszcze. Wystarczy mieć dobry balans hormonalny i cera sama, błyskawicznie sama się zaleczy. W kilka dni osiągnęłam z opływającej sebum i zapchanej jak u nastolatki skóry - cerę niemal idealną, aksamitną i bez syfów. Włosy podobnie - odkąd łysienie plackowate około rok temu wróciło ze wzmożoną siłą przestałam farbować włosy, pielęgnację i stylizację ukróciłam do łagodnego minimum. Polecam swoją drogą Vichy Neogenic, bo kuracja tą serią zagęściła mi włos pięknie, nieważne że łysienie plackowate przyplątało się obok (co zaleczyłam wcierką sterydową). Teraz mam włosy błyszczące, mocne, gęste i - czego się nie spodziewałam, farbując włosy ostatnie 15 lat - mam całkiem oryginalny, naturalny kolor.

Tarczyca też się ładnie ustawiła, mam idealny poziom TSH, chociaż Hashimoto samo z siebie nie zniknie.

Dorzuciłam do suplementacji olej z wiesiołka; Inofem dwie saszetki dziennie, D3 i magnez to moja codzienność od dawna.

Dieta idzie niezgorzej, tzn. ładnie się trzymam, nie obżeram, nie mam zachciajek. Chociaż ostatnio mocno mam ciąg na bramkę na mięso, bo ostatnimi czasy jadłam więcej owoców i węglowodanów złożonych, więc bardzo "chce mi się" mięcha. Słodycze wciąż (alleluja!) mogą dla mnie nie istnieć, co zawdzięczam oczywiście Glucophage.
Ciekawa jestem badań cukru i insuliny, na ile mi się wyregulowały, ale to pewnie za jakiś czas.
Mam też niestety lenia w związku z gotowaniem, bo po pierwsze: nie jestem fanką pichcenia, po drugie: apetyt mam wciąż średni, także trochę w siebie wmuszam, trochę jem byle co, a to na dłuższą metę jest groźne. Co prawda to "byle co" jest wciąż zdrowe i lekkie, ale jednak jem monotonnie, ostatnio po gigantycznej ochocie na ryż z jabłkami mogłam jeść tylko brązowy ryż zapieczony z jabłkiem przez 3 dni, aż mi uszami niemal wychodził. Teraz dla odmiany chcę pieczonego kurczaka albo stek :)

Sport - dalej nic. Kurcze, to jest OSTATNI element, o który mogę zadbać, żeby było naprawdę super. Trochę spoczęłam na laurach spokojnej, uważnej diety, na której spokojnie sobie chudnę...

sobota, 09 maja 2015
Podsumowanie: 5 tyg = 5 kg

Nie jest źle - zaczyna ze mnie schodzić woda, przy ostatnim ważeniu było to pełne 5kg w dół po 5 tyg diety; za chwilę powinno być jeszcze mniej. Dwa dni temu skończyłam 10 dni na Duphastonie 2 x 1, skończyły mi się nastroje i deprechy, zeszła w pewnej części opuchlizna wodna. Mam nadzieję za miesiączkę za chwilę i wtedy powinno być wszystko pięknie wklęsłe, bez nadmiaru wody i waga wskaże faktyczny stan. 
Trzymam się grzecznie wzorca, planu dietetycznego; osiągnęłam pewien spokojny, dobry poziom, gdzie jem w sposób zróżnicowany, sycący, zdrowy i czuję się coraz lepiej. Po prawie półtorej miesiąca nie wróciły żadne napady na słodkie czy fast food, a umówmy się: przy każdej dotychczasowej diecie po mniej-więcej miesiącu mój mózg zrywał się ze smyczy i kazał mi wejść do pierwszej lepszej cukierni i zjeść WSZYSTKO. Teraz jak normalny człowiek mogę zjeść raz w tygodniu na imprezie czy urodzinach kawałek ciasta lub lody (z umiarem) i tylko tyle, nie chcę więcej, nie mam żadnych szalonych napadów na cukier. KOCHAM metforminę i to, że mój cukier i insulina we krwi są wreszcie pod kontrolą, co opanowało moje szaleństwo na słodkie. 
Chudnę powoli, ale też wiem, że z PCOS i problemami hormonalnymi to nie będzie błyskawiczny efekt. Ale wolę tak, niż na wariackiej diecie. To jak jem teraz odpowiada mi w pełni. Oczywiście, że gdy zapachnie w powietrzu to mam ślinotok, ale nie mam problemu z odmówieniem sobie. Mogę tak żyć, nie przeraża mnie to, nie czuję się skrzywdzona i w stanie "na diecie". Czyli w stanie tymczasowości, chwilowego zaciśnięcia pasa.Ogólnie odstawiliśmy (mąż też) wszelką przetworzoną żywność, żadnych kostek rosołowych, półproduktów, przypraw chemicznych. Sół z umiarem i tylko himalajska, dużo ziół. Mnóstwo warzyw i to dobrej jakości - jest kolosalna różnica między pomidorami z tesco z tymi z ryneczku, od rolnika. Dużo ryb. Gotowanie na parze to kolejna nowość, mieliśmy od lat kurzącego się w szafie Philipsa, czyli kilkupiętrowiec na prąd, do gotowania na parze i postanowiliśmy go teraz wypróbować. Warzywa są pyszne, a i pierś z kurczaka jest niesamowicie soczysta i pełna smaku. Nie płaczę więc za panierką.  
Jedyne apetyty jakie mam, to ser, nabiał. Jem więc trochę twarożku to razowca na drugie śniadanie; wędlin dalej niet, tak samo jak żółtych serów czy innych przekąsek z gatunku tłustych.  
To, co widzę i wiem, że mam nietknięte to sport.Wciąż. Wstyd mi strasznie, bo jest przepiękny maj, tyle możliwości, czas w sumie też jest, ale... No właśnie. Nigdy nie byłam sportowym zwierzęciem, wręcz przeciwnie - nie lubię go. Wymaga ode mnie dużo samozaparcia i bezustannego motywowania się, zmuszania się w duchu do najprostszej rzeczy. Co zrobię, że sport nie kojarzy mi się z niczym przyjemnym?

piątek, 01 maja 2015
Metformina i dieta - tydzień 4 i 5

Minęło trochę czasu - sporo podróży i wydarzeń, więc np. zeszły weekend nie był zbyt grzeczny dietetycznie, ale wracam bez większych trudności na dobrą drogę, więc to jest najważniejsze.

Podsumowując w sumie miesiąc (od 25 marca) diety 1600-1700kcal i przyjmowania metforminy:

1. Potwornie ciężko stosować się do diety pt. w środę na obiad jesz pstrąga w cytrynach, a w piątek kurczaka. Odważanie określonej dawki wszystkiego jest koszmarem. Nie szukam wymówek, po prostu - poległam w literalnym stosowaniu diety wyznaczonej przez dietetyka. Co stosuję to pewien WZORZEC posiłków i typów składników, ilość oraz pory. Jeśli mam zjeść pół woreczka ryżu brązowego, a mam ochotę na kaszę gryczaną to wybieram kaszę. Jeśli mam zjeść 200g piersi z kurczaka, a mam ochotę na łososia - jem wyznaczoną mi porcję łososia. Jeśli na kolację mam koktajl z jabłek, mleka migdałowego, bananów i jagód, to wybieram inne owoce o zbliżonym IG, ale na które mam danego dnia ochotę. I tak dalej. W tym jestem stanie wytrwać, nie dam rady żyć w kieracie wagi kuchennej i sztywnych przepisów.

2. Metformina, czyli w moim wypadku lek Glucophage XR 1000 - nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków ubocznych, poza mdłościami i lekkim osłabieniem na początku przyjmowania pełnej dawki. Poza tym same plusy, bo mam zredukowany do zera ciąg do słodyczy i różnych węglowodanowych bomb. Oczywiście, siła nawyku istnieje, więc dalej na mnie działa zapach pizzy czy widok czekolady. I jeśli jest okazja pt. urodziny i jestem zwyczajowo częstowana ciastem domowego wypieku to go nie odmawiam, jem z przyjemnością, ale to tyle. Nie mam napadu cukrowego szału, nie chcę jeszcze, nie chcę opychać się batonami i czekoladą jak kiedyś. Poza tym Glucophage działa jak bat, tzn łykając ten lek lepiej stosować dietę i nie wpaść w np. fastfoodową orgię, bo można w efekcie dostać np. ostrą biegunkę, także mając z tyłu głowy wizję takiej "przyjemności" żadne grzeszne przysmaki nie są tego warte. 

3. PCOS - niestety, po ponad 90 dniach bez miesiączki nadszedł czas, gdy ewidentnie powinnam ją mieć, ale to się nie wydarzyło. Z dnia na dzień nabrałam wody, wszystko mnie bolało, wszelkie objawy klasyczne dla miesiączki trwają u mnie ponad tydzień, a ona nie następuje. Jestem potworem w dołku hormonalnym, który warczy na otoczenie i popłakuje po kątach. Pieprzony koszmar. Nie miałam tak od dawna; nawet jeśli nie miałam dwa-trzy miesiące miesiączki, to po tych trzech miesiącach zwykle ona następowała, ale na Boga - nie z takim "pakietem" dodatkowych atrakcji! Nie wiem co to znaczy, czy wreszcie moje jajniki się obudziły i próbują pracować (nie do końca jeszcze zbornie), czy to dalsze problemy...
W każdym razie umęczona po szyję tymi atrakcjami zaczęłam łykać Duphaston, czyli lek ostatniej szansy, który ma wywołać upragniony okres. Trochę to wyrównuje nastroje, ale atak trądziku na policzkach i opuchlizna doprowadzają mnie do szału. 
Będąc na diecie w okolicy 1600kcal przybrałam z dnia na dzień 1-1,5 kg wody. Czuję się jak blowfish, ratunkuuuuu


4. Suplementy - łykam codziennie tyle suplementów, że wychodzą mi uszami. W przypadku PCOS i Hashimoto jest to żelazny zestaw: witamina D3 i B12, calcium 500, dwie saszetki Inofem (kwas foliowy + mio-inozytol, do Inofemu wróciłam z podkulonym ogonem, bo odpuściłam go sobie ze względu na sztuczny, ohydny posmak). Do tego magnez + B6. No i cholerne leki, czyli Letrox 100, Duphaston 2x dziennie, Glucophage XR 1000 1x dziennie. Czasem zastanawiam się, czy moja wątroba to zniesie.

5. Sport - dalej nic, jedynie dużo chodzę. Dobrze, że chociaż tyle. Ciężko mi ze sportem, gdy nastroje są dołujące, bo PCOS nie pozwala zrzucać wagi tak szybko, jakbym chciała, no i daje mi w kość objawami. Muszę, muszę się z tym tematem ogarnąć i może zbadać TSH, bo to moje permanentne zmęczenie jest cokolwiek dziwne. Przedwiośnie już dawno minęło.

6. Motywacje - ostatnio trafiłam na coś ciekawego na Youtube, mianowicie na 90-dniowy cykl vlogów Katie Humphrey na temat PCOS i przezwyciężenia go za pomocą głównie diety, sportu, dobrego nastawienia i... dość kosztownej suplementacji pewnej amerykańskiej firmy. Abstrahując od tego ostatniego elementu krótkie pogadanki Katie przede wszystkim są bardzo fajne pod względem informacji na temat PCOS, jakie są objawy, jak z nimi walczyć, jak brak walki może się skończyć dla zdrowia. Po drugie Katie jest typem amerykańskiego coacha a la Tony Robbins, który mi osobiście całkiem odpowiada - nie ma tu oszołomstwa, ani zbyt wiele nastawienia zen czy pieprzenia w bambus psychologicznych banałów. Jej pogadanki są naprawdę motywujące, proste, dość zabawne, ludzkie i energetyzujące. Fajne i dające do myślenia.

7. Waga - postanowiłam się nie ważyć do momentu aż nie dostanę miesiączki, bo ewidentnie jestem opuchnięta wodą, stosuję dietę, nie chcę się dołować faktem że waga zapewne stoi, lub wzrosła. Co by mnie nie zdziwiło. Także chwilowo zrzuciłam 4kg w 4 tygodnie - na dalszy ciąg poczekamy jeszcze trochę.  


 

niedziela, 19 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 3.

Jestem od ponad tygodnia już na dawce 1000mg Glucophage XR - i jednak dopadły mnie początkowo efekty uboczne. Bardziej osłabienie, ospałoś, brak sił na cokolwiek niż sensacje układu pokarmowego. Miałam mdłości i brak apetytu. Ale to tylko pierwsze kilka dni, teraz jest lepiej, apetyt też powoli wraca, choć nie mam fazy na słodycze, na szczęście, po prostu mam wreszcie chęć coś zjeść.
Ostatnio niestety jem za mało (z lenistwa, mam trochę dość tego pichcenia i mycia garów non-stop) i waga spada coraz wolniej. Teraz tylko 0,5 kg w tydzień, co jednak i tak daje miłą statystykę 3,5 kg po 3,5 tygodnia diety i łykania metforminy. 

Po konsultacji u dietetyczki tydzień temu trochę obniżyła mi jadłospis z 1700 do 1600kcal tygodniowo, ale i tak przed tą zmianą jadłam mniej, bo po obiedzie o godzinie 15-16.00 byłam w stanie do końca dnia zjeść najwyżej owoc czy jajko. Taże zamiast kolacji dostałam przepisy na koktajle czy smoothie z mlekiem migdałowym. Muszę się niestety zmuszać do jedzenia wszystkiego co mam zalecone i to bez ustępstw. Dietetyczka mocno na to nalega, bo faktycznie - będę mieć niedobory to skończy się dzikim apetytem na coś zakazanego i sprawi, że po powrocie do wyższej ilości kalorii wpadnę w spiralę jojo.

Także na kolejny tydzień mam przede wszystkim:

  • jeść zgodnie z jadłospisem, tzn więcej - koniecznie kolacje w formie koktajli z warzyw i owoców lub kanapki
  • więcej się ruszać, na pewno chodzić więcej niż ostatnio
  • zadbać o różnorodność i jeździć na zakupy z listą, nie na wariata (co skutkuje brakiem połowy niezbędnych rzeczy w lodówce).


Ogólnie: nie jest źle, choć mam wiosennego lenia i niechcieja. Mam miły efekt zassania brzucha, twarzy, nogi mi widocznie zeszczuplały - zawsze najpierw nogi mi się robią jak patyki, a dopiero na końcu chudnie mi to, na czym najbardziej mi zależy: talia, ramiona, plecy.
Co do suplementów/ leków: Letrox 100, Glucophage XR 1000, calcium 500D, witamina D3 i B12, Neomag Forte. Inofem zarzuciłam, choć nie powinnam... ale ten cytrynowy, chemiczny smaczek odrzucił mnie na kilometr. Poza tym nie zauważyłam żadnych pozytywnych jego efektów. Właśnie mija 78 dzień "cyklu" i nic, chociaż czuję się oczywiście opuchnięta u obolała jak przy niekończącym się PMS.  

czwartek, 09 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 2

Była Wielkanoc, więc niestety te ponad dwa dni świętowania należy wziąć pod uwagę... Ale tak czy inaczej spadło mi 0,8 kg w tydzień, więc nie jest źle :) Zwykle święta za rodzinnym stołem to średnio 2 kg na plusie, więc jakikolwiek spadek jest super.

Dopiero od wczoraj jestem na 1000mg Glucophage XR, nie zauważyłam tego podwojenia dawki jakkolwiek, tzn organizm nie daje mi odczuć żadnych skutków ubocznych, więc oby tak dalej. Ale też zauważyłam, że ten lek wyjątkowo się nie lubi z jakimikolwiek odstępstwami od diety - na początku świąt mniej zdrowe jedzenie (tzn cukry proste w dużej ilości) wywołują skurcze i może nie biegunki, ale faktycznie - jest pewne rozluźnienie w tych kwestiach ;) Także lek siłą rzeczy wymusza dietę, jeśli się nie chcemy czuć jak ścierwo. Zmienia smak (słodycze, nawet miód, smakują sztucznie, zbyt słodko, obrzydzają nawet), zmienia powonienie, apetyt jest praktycznie zerowy. Autentycznie zmuszam się do jedzenia.

Moje przykładowe jedzenie w ciągu dnia:

  • śniadanie: ok. pół woreczka kaszy jaglanej z łyżeczką miodu + owoce (np. mały banan i mandarynka, borówki i maliny, itd.)
  • II śniadanie: zielona herbata i kanapka z żytniego chleba z humusem i warzywami (kiełki, szpinak baby, papryka, pomidory, itd - sporo)
  • obiad: pół woreczka np. kaszy gryczanej, ryżu brązowego + mięso (np. ryba pieczona, kurczak, krewetki, itd.) + dużo sałaty z innymi warzywami z sosem z oleju lnianego, cytryny i ziół
  • podwieczorek/kolacja: albo 2-3 owoce, albo np. jajko na miękko ze szpinakiem baby surowym i kromką żytniego chleba.


Ostatnio ten podwieczorek/kolacja często mi w ogóle nie wchodzi, obiad jem w pracy o 15 i jestem na tyle najedzona, że ciężko mi cokolwiek wcisnąć po powrocie. Wiem, że to za mało, więc jem jakieś kiwi, cytrusy, gruszki, itd. ale nie za dużo. W sobotę mam kontrolę u dietetyka, zobaczymy co mi powie na takie menu. 

Z minusów - jestem dalej słaba, rozmamłana, łeb boli i ogólnie czuję się jak w klasycznym przedwiośniu, czyli rozbita. Z chodzeniem jest ciężko, raczej w jedną stronę do pracy czyli ok. 8000 kroków dziennie. Mam nadzieję że jak wyjdzie porządnie słońce i będzie ciepło to wróci mi werwa. Chyba że znów TSH mi skoczyło i trzeba będzie podnosić dawkę Letroxu :/

 

czwartek, 02 kwietnia 2015
Metformina i dieta - tydzień 1.

Jestem po tygodniu diety 1700 kcal i tygodniu na metforminie (konkretnie lek: Glucophage XR) - obecnie 500mg, za 3 dni wchodzę na pełną dawkę 1000mg.

Co mogę powiedzieć? No przede wszystkim to, że straciłam 1,8 kg, co oczywiście cieszy. Bardzo poprawiła mi się cera, co przy PCOS i nagłym łojotoku i wysypie pryszczy jest dużą ulgą - mam cerę gładziutką, idealną, rozjaśnioną. Bajka.
Glucophage łykam codziennie do kolacji. Obawiałam się efektów ubocznych, tzn biegunek, wymiotów, mdłości, skurczy - po wygooglaniu metforminy głównie można przeczytać właśnie o efektach ubocznych i jakie są przerąbane. Na szczęście przy dawce 500mg nic takiego nie miało miejsca, mam nadzieję, że przy 1000mg też nie będzie źle.

Zauważyłam, że lek na pewno obniża apetetyt. Zniwelowała zachcianki na słodkie i ogólnie na przekąski. Jestem na diecie pełnej warzyw, ryb, kasz, itd., więc normalnie po tygodniu dałabym się pociąć za ciasto czy czekoladę. Zjadłam raz kęs ciasta na urodziny koleżanki i ani mi to ciasto nie smakowało, ani nie miałam na nie ochoty. Dziwy nad dziwami.
Druga rzecz, to zmienił mi się smak i zapach, nie wiem na ile ma na to wpływ dieta, ale nie sądzę, że to ona. Sama też "zmieniłam zapach", tzn czuję, że moja skóra pachnie inaczej - nie gorzej, ale po prostu inaczej. Potwierdzone przez małżonka ;)

Dieta - cóż, ciężko mi się literalnie, co do grama do niej stosować. Diabelnie ciężko. Nienawidzę tego ważenia, odmierzania, całej zabawy z gotowaniem. Aptekarskie podejście odbiera jakąkolwiek frajdę z jedzenia i gotowania. Przez pierwsze dni ogarnęłam sobie jak wygląda "szablon" żywieniowy, więc wiem jak danie o konkretnej godzinie ma wyglądać ilościowo i z czego proporcjonalnie się składać. Także teraz wymieniam sobie ryby, mięsa, kasze i ryże, warzywa i owoce (chociaż tu muszę dbać o indeks glikemiczny, więc mogę wymienić mandarynkę na kiwi, ale już nie gruszkę na banana, czy brokuł na kukurydzę). Dostałam totalnego wstrętu do komosy ryżowej i kiełków. Mak nie przejdzie - ohydny jest w daniach słonych. Druga rzecz to ilość i częstotliwość - za zgodą dietetyczki zmniejszyłam ilość posiłków z 5 do 4, nie dawałam żywcem rady tak często jeść. Podwieczorku więc nie ma, za to jest większe śniadanie i wcześniejsza kolacja. Ogólnie jestem najedzona, ale totalnie nie mam zapału do jedzenia. Wszystko to średnio smaczne, tzn nie jest to moje wymarzone jedzenie. To, co budzi moje ślinianki to niestety węglowodany i to te niezdrowe. Ale nie mogę - więc nie jem. Także jedzenie obecnie w siebie wmuszam, apetyt mam nieistniejący. Jem, jak mam wyznaczoną porę, zresztą już żołądek sam się dostosował i burczy ;) 
Mam do tego też spadek energii zupełny, co jest połączone i z zimowym kwietniem, i z lekkim przeziębieniem, i z przepracowaniem. Mam nadzieję, że po wielkanocy (nie u rodziców tylko u siebie, więc uda się to zrobić w wersji light) postawię się na nogi i wrócę do dziarskiego maszerowania 10km dziennie. 

niedziela, 29 marca 2015
PCOS, Hashimoto, dieta w toku

Muszę podsumować kilka tematów, bo przez dwutygodniowy urlop zapomniałam o aktualizacji bloga - który właściwie służy mi jako notatki z mojego mozołu dietetyczno-zdrowotnego. Mam już pełną diagnozę, wiem co teraz, także wszystko w moich rękach.


1. Lekarz (ginekolog-endokrynolog) - mam zdiagnozowane PCOS, czyli zespół policystycznych jajników (za wysoki testosteron, za wysoki cholesterol, obraz jajników na USG też ewidentny, do tego krzywa cukrowa pokazuje lekką insulinooporność - tzn glukoza jeszcze w normie, ale insulina już za wysoka). Do tego oczywiście Hashimoto. Lekarz przede wszystkim kazał mi schudnąć (pod nadzorem dietetyka, bo przeciwskazań jest faktycznie sporo), ruszać się, no i mam przypisany Glucophage XR 1000mg. Łykam go dopiero od dwóch dni (najpierw 500mg, po 7-10 dniach mam dopiero wejść na pełną dawkę), wieczorami do kolacji i jakoś jeszcze nie zauważyłam żadnych potwornych skutków ubocznych - tfu, tfu, odpukać. Metformina ponoć bardzo często powoduje nieprzyjemności układu pokarmowego, jak wymioty, biegunka, nudności, skurcze, itd. Może do tego jeszcze dojdziemy, ale mam nadzieję, że nie. Do tego suplementy: witamina B12 i D3, Inofem - piję Inofem od ok. 3-4 tygodni i niestety, cykl jak był nieregularny tak dalej jest. Chociaż tutaj ponoć potrzeba więcej czasu żeby organizm się nim "nasycił". Na razie mam znowu 2-3 miesięczne cykle, co jest naprawdę irytujące - bycie w ciągłym PMS, tygodniami, to naprawdę niezły wrzód na d...

2. Dietetyk - dietetyczka przemiła, zdecydowanie kompetentna w temacie autoagresji i moich przypadłości. Wzięła pod uwagę i kwestie tarczycowe, a nie miałam pojęcia, że 3-4 godziny po przyjęciu Euthyroxu/ Letroxu nie można przyjmować pewnych pokarmów, jak choćby węglowodany z dużą ilością błonnika czy np. grejfruty. Źle reaguję na nabiał, więc nabiału w diecie nie mam, ale kwestia wapnia jest ciężka, bo wszystko niemal co ma dużo wapnia jest bardzo kaloryczne (orzechy, tłuste ryby, itd.), więc mam jeść... mak. Do wielu dań. Mak kojarzy mi się tylko ze struclą w Wigilię, więc nie jest łatwo jeść słone dania czy sałatki z dodatkiem maku.Zrobiłam test na alergię na gluten, na szczęście jej nie mam (uf, chociaż na to nie jestem uczulona!) Tak więc mam dietę 1700 kcal, która jest bardzo sycąca, kolację muszę w siebie autentycznie wmuszać. 5 posiłków dziennie to jakiś hardkor. Nie dość że ciągle trzeba gotować, brudzić i w kółko sprzątać kuchnię, to jeszcze trzeba to zjeść ;) Dostałam przyzwolenie na powiększenie śniadania kosztem podwieczorku, bo po sporym obiedzie zjedzenie jeszcze dwóch posiłków wieczorem to dla mnie przesada. Ogólnie dieta jest całkiem miła, bardzo sycąca i zróżnicowana. Co prawda brakuje mi zup (do skorygowania przy kolejnej rozpisce dań), ale poza tym (i przeklętym makiem) jest super. Mimo jednorazowych BARDZO kosztownych zakupów widzę, że tak czy inaczej kasy wydawać będę mniej, bo nie będzie wystawnych śniadań do południa, stołowania się w mieście (chlip), spontanicznych zakupów robionych na głodnego. Dietę rozpoczęłam po dwóch tygodniach wakacji, gdzie rzecz jasna było dużo dobrego jedzenia i ogólnie: ucztowania. Po raz ostatni na dłuższy czas - dostałam błogosławieństwo dietetyczki, żeby właśnie tak podejść do wakacji przed dietą, a nie zaczynać nierealnie dietę na początku wyjazdu. 

Od 25 marca jestem na diecie opartej na niskim indeksie glikemicznym, mam do zrzucenia 20 kg do wymarzonej wagi, ale 15 kg też będzie w porządku. Jednak przede wszystkim chcę doprowadzić swoje zdrowie do ładu - skoro zbicie insuliny pomoże na zrzucenie wagi, a to pomoże na problemy z cyklem miesiączkowym i płodnością, a być może wpłynie też pozytywnie na tarczycę, to motywacja w tym momencie sięga dużo bardziej, niż chce być szczupła i wyglądać dobrze.

23:02, miss_cotton
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lutego 2015
Wyzwanie: 10.000 kroków dziennie

Ostatnio bez trudu udaje mi się osiągnąć 8000 kroków, postanowiłam wejść poziom wyżej, tzn 10.000 kroków dziennie. Jest coraz cieplej, więc spacery są coraz przyjemniejsze, a 10.000 kroków to jest już wskoczenie na poziom „wysokiej aktywności”, czyli PRAWIE sport ;) To jest ok. 7 km (zmierzone krokomierzem Garmin Vivofit), zasadniczo droga do pracy i z pracy to ok. 7500-8000 kroków, a pozostałe 3000-4000 kroków to praca biurowa, spotkania, zakupy, itd. Także obecnie mam na liczniku średnio 11.000 kroków dziennie, co początkowo nawet czułam w nogach. Co lepsze opaska monitorująca aktywność pokazuje, ile kalorii spalam więcej w stosunku do przeciętnej aktywności – jest to około 250 kcal, czyli całkiem sporo…! W kwestiach motywacji opaska jest hitem, mam ją drugi miesiąc i mam niekończącą się frajdę z bicia rekordów i wyrzuty sumienia, jeśli mam wyjątkowo osiadły dzień (np. dzień na kacu, cały spędzony w domu to ok. 1500 kroków).


Jak to zrobić – mam akurat to szczęście, że moja droga do pracy od niedawna to bardzo miły spacerek bulwarem wiślanym, idealne 30 min rano i tyle samo z powrotem. Szybki marsz, w którym pomagają audiobooki – wciągnęłam się bardzo – no i dobre buty. Po drodze ładne widoczki, kaczki, łabędzie i inne takie, więc chodzi się naprawdę miło. Słuchanie audiobooków pozwala sobie uciec myślami i skutecznie odganiają znużenie i monotonię tych przechadzek; a że w pracy muszę się znaleźć co rano i jakoś z niej wrócić, więc wybór chodzenia zamiast tramwaju staje się całkiem prostym wyborem. Tym bardziej że po pracowych stresach szybka przechadzka trochę pomaga oczyścić umysł.
Muszę też pomyśleć nad cięższymi rzeczami, bo jak się gotuje codziennie obiad do pracy i go nosi, to damska torebka przestaje być najwygodniejszym sposobem na noszenie dłużej czegoś ciężkawego.

 

W sobotę mam dietetyka „z prawdziwego zdarzenia”, ze szpitala uniwersyteckiego, który ma mi dobrać dietę pod moje autoagresje i problemy hormonalne. Na razie ucięłam słodycze, mój obecny jadłospis wygląda mniej-więcej tak:

  • śniadanie: kromka żytniego chleba z np. humusem, pesto, twarożkiem i warzywami
  • 2 śniadanie: kanapka jw., zielona herbata (zamiast kawy)
  • obiad: zupa lub coś a la chude mięso + kasza + warzywa
  • kolacja: w zależności jak duży był obiad są to albo tylko owoce + orzechy, lub do nich np. zupa lub jajko i chleb.

Do tego woda (ok. 1,5 l) i suplementy: witamina D3, Neomag forte, Inofem (1 saszetka). Letrox 100. Łykam Inofem od ponad tygodnia i zauważyłam poprawę cery, tzn przestały mi wyskakiwać kolejne pryszcze – albo to placebo i sobie wmawiam, ale faktycznie kwas foliowy i mio-inozytol działają na unormowanie insuliny i kwestie androgenowe… Chociaż to chyba za szybko by było, może lżejsza dieta i większy ruch wpłynęły tak na skórę.
Kolejny wpis to wieści z frontu dietetycznego, tzn po wizycie u pani doktor.

czwartek, 19 lutego 2015
...i wszystko jasne: PCOS

Cóż, moja urocza historia o wieloletnich problemach z nadwagą chyba wreszcie została uzupełniona o ostatnie elementy układanki.

 

 Nadwagę mniejszą czy większą mam od lat. Rozhuśtałam ją niestety do nadwagi znacznej przez szereg głupich diet, jo-jo, igraniem z metabolizmem. Hormonalną antykoncepcję stosowałam od 19 roku życia, zaczęłam dwa lata po pierwszej miesiączce. Cykle zawsze miałam rozwleczone, dziwne, nieregularne. Zawsze było ze mną coś nie tak. Zawsze miałam tendencje do tycia. Tabletki antykoncepcyjne pozwoliły mi (poza oczywistymi plusami tabletek anty ;) na spokój z rozszalałym cyklem, ale wiedziałam: co się odwlecze, to nie uciecze. Pierwsze próby odstawienia tabletek 3 lata temu skończyły się źle, tzn cykl był dziwny – dwu-trzymiesięczny, samopoczucie straszne, szybkie tycie i puchnięcie. Wróciłam do tabletek antykoncepcyjnych, bo lekarka nie wiedziała co ze mną zrobić, mimo prób z luteiną i łykania cyclo-proginova, czyli zastępczej terapii hormonalnej dla kobiet w trakcie… menopauzy. Nic nie przywróciło normalnego cyklu. Teraz wiem, że lekarka była z gatunku, ekhm… KIEPSKICH, ponieważ mimo badań TSH i jego znacznego zawyżenia (ale wyniku w górnej granicy tzw normy) nie wpadła na zbadanie przeciwciał tarczycowych, choć wszystko w moim wyglądzie krzyczy: „niedoczynność tarczycy & Hashimoto!”. Nie wpadła też na zbadanie hormonów, na USG nie zauważyła policystycznych jajników. Ogólnie: dramat i kilka lat zmarnowanych na złą lekarkę, złe leczenie.

Od 7-8 lat mam nawroty łysienia plackowatego, nic dramatycznego, ale nagle pojawiają się dwie-trzy łyse plamy na skórze głowy o średnicy 4-5 cm, które nie chcą zarastać przez 2-3 miesiące. Z łysieniem plackowatym poszłam do przypadkowego dermatologa, kolejnego, bo pierwszy zrobił mi… zastrzyk z aloesu, kazał schudnąć i przypisał wcierkę z minoxidilem, czyli czymś na pobudzenie cebulek włosów, ale nie na łysienie plackowate. Placki w efekcie zarosły same, bo lekarskie aloesy i wcierki nie dały raczej nic. Dermatolog kolejny, przypadkowy, przy kolejnym nawrocie łysych placków spojrzał na mnie i od razu kazał robić badania tarczycy, że wyglądam na klasycznego niedoczynnościowca, że pewnie mam Hashimoto i inne autoagresje. Bingo. Mam alergie, atopowe zapalenie skóry, okazało się, że też Hashimoto. Endokrynolog przez rok wyprowadził moje wyniki do względnej normy, choć Hashimoto nie jest uleczalne i do końca życia będę łykać Lethrox. Powiązałam je z moimi problemami z cyklem miesiączkowym – stwierdziłam, że odstawiam tabletki raz jeszcze, spróbujemy doprowadzić się do normy.

 

Po odstawieniu tabletek w pół roku przytyłam 10 kg i zaliczyłam… 2 miesiączki. Do tego wróciło łysienie plackowate – łzy, dramat, depresja. No i niespodziewanie doszedł trądzik (a dotąd miałam skórę b.suchą, atopową), tłusta cera, dziwne włosy gdzieniegdzie, przerzedzanie włosów na głowie. Wszystko to niby nic i pierdoły, żadna choroba, ale długofalowo naprawdę rozwala samopoczucie i samoocenę… Dermatolog załamał nade mną ręce, przypisał wcierki sterydowe i maści. Endokrynolog kazał zrobić gigantyczne badania hormonalne i kazał iść do endokrynologa-ginekologa, więc poszłam, wyszło jak byk, że mam PCOS, czyli zespół policystycznych jajników. Że mam to na pewno dłużej, tabletki antykoncepcyjne udanie uśpiły problem; plus mam insulinooporność, tak więc cokolwiek jem powinnam zastanowić się 3 razy. Tyję może nie „z powietrza”, ale faktycznie: szybciej i więcej niż inni, jedzący to samo.
Endo-ginekolog na moje PCOS kazał schudnąć. Że schudnięcie i dieta oparta na niskim indeksie glikemicznym powinna pomóc, że jeśli to nic nie da, to zacznę łykać leki dla cukrzycowców żeby zapanować nad insuliną, bo to ona ma być przyczyną wszelkiego zła.

 

I tak sobie myślę – to dlatego tak dobrze się czułam na diecie typu South Beach, czyli mało węglowodanów i dobrej jakości. Dlatego tak szybko na tej diecie chudłam i zyskiwałam megatony energii. Obecnie mam iść do dietetyków przy szpitalu uniwersyteckim, bo okazało się że połączenie Hashimoto + PCOS to dieta trochę pokomplikowana. Właściwie jest tyle ograniczeń, że chce mi się płakać. Dodatkowo jest też dużo sprzecznych głosów na temat np. ryb, mięsa, jajek, warzyw strączkowych czy kapustnych.
Wychodzi na to, że powinnam jeść niewiele węglowodanów, a jak już to bez glutenu i o niskim indeksie glikemicznym. Dużo warzyw, ale nie psiankowatych (pomidor, ziemniak, bakłażań, itd. – są złe w autoagresjach), nie krzyżowych (kapusta, brukselka, itd. – nie współgrają z niedoczynnością tarczycy), nie strączkowych (choć ciecierzyca czy soczewica są niby ok, to soja jest złem wcielonym, bo GMO i ma roślinny odpowiednik estrogenu). Owoce też o niskim IG, czyli żegnajcie banany, daktyle, melony; truskawki są złe na tarczycę (zawierają antyhormon tyroksyny). Mięso jest be, bo napakowane hormonami. Ryby – maksymalnie raz w tygodniu, bo jod przy Hashimoto powinien być ostrożnie dawkowany, bo pobudza autoagresję. Cukier biały, prosty, czyli wszelkie słodkości czy fast foody to w ogóle piekło i szatany. Mleko i nabiał to samo. Trzeba uważać na tłuszcze (także roślinne i nienasycone). Czerwone, tłuste mięso – absolutnie nie. To samo z używkami, kawą i czarną herbatą też.
Więc co mi zostaje z tej listy dziesiątek wykluczeń?  
1. Woda J
2. Jajka z umiarem, chude białe mięso z umiarem, ryba max. raz w tygodniu
3. Kasza jaglana, kukurydziana, ogólnie z daleka od glutenu!
4. Warzyw jak najwięcej: ale nie ziemniaki, nie pomidory, nie papryka, nie kapusta, nie brukselka, nie marchewka, nie buraki, nie kukurydza.
5. Owoce o niskim IG i nie konfliktujące się z tarczycą, czyli: nie banany, nie truskawki, nie melony, nie suszone daktyle, nie arbuzy, nie winogrona.
6. Orzechy – choć bez przesady, bo tłuste.
7. Mleko roślinne np. ryżowe, migdałowe.

Smutek. Na szczęście polubiłam humus do szaleństwa, to samo różne pasty roślinne i pesto. Zrezygnowałam zupełnie z wędlin i sera żółtego na początku roku i nie tęsknię. Chleb zawsze jadłam tylko ciemny (i nie odstawię go, za bardzo kocham mój gluten :P), a mleko tylko w postaci kropli do kawy rano. Kawę spróbuję odstawić zupełnie, na rzecz zielonej herbaty. Słodycze dotąd ograniczyłam do tzw. specjalnych okazji, czyli jak ktoś ma urodziny i daje ciastko – zjem, czyli są to akcje od święta, raz na 2 tygodnie. Nie będę się schizować i uciekać na widok słodyczy jak diabeł na widok święconej wody. Szkoda mi owoców, bo akurat ostatnio próbuję jeść ich więcej i idzie mi coraz lepiej, ale rzecz jasna najbardziej lubię to o wysokim IG. Mięso ograniczyłam mocno, ale co z rybami to nie wiem, bo akurat je bardzo lubię, jem ok. 3 x w tygodniu. Może przerzucę się na jajka.
No i ruch – opaska monitorująca aktywność jest świetna, motywuje mnie do chodzenia (na razie ok. 8000 kroków dziennie, od wiosny – 10.000). Chodzę więcej po górach (raz w tygodniu spacer 15-20 km), jak się ociepli wsiadam na rower, może-może spróbuję wrócić do biegania – mieszkam nad samą Wisłą, więc mam pod nosem piękne miejsca do joggingu.
Suplementy – witamina D3 1000 (2 tabletki dziennie), Neomag forte (z witaminami z grupy B), jedna saszetka Inofem (kwas foliowy i mio-inozytol – mają pomóc w przywróceniu normalnego cyklu). Pewnie lekarz wrzuci mi metforminę przy następnej wizycie. Do tego codziennie Lethrox 100 na niedoczynność tarczycy.
Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam na tyle dość, jestem na tyle zmęczona samopoczuciem, wyglądem i drobnymi upierdliwościami zatruwającymi mi codzienność, że jeśli zrzucenie wagi ma mi pomóc lepiej egzystować to zrobię to.

sobota, 07 lutego 2015
Smartband i hormonalne zawieruchy

Lutowy dół i smutki. Od początku roku nie jem czekolady, batoników i innych słodyczowych śmieci. Raz na jakiś czas zjem coś słodkiego typu kawałek ciasta czy drożdżówki, ale bardzo uważam, żeby było to jak najrzadziej. Pilnuję się, nie jem fast foodów, nie jem wędlin, sera żółtego, masła. Więcej warzyw, owoców (które świetnie tłumią apetyt na słodycze). Piję wodę, więcej chodzę, choć nie umiem wrócić do regularnego sportu.  Moje grzechy to soki owocowe i od czasu do czasu trochę coli. Efekt tego taki, że wciąż tyję. Jem średnio 2000 kcal dziennie, w stosunku do mojego wzrostu i wagi to ilość do utrzymania wagi lub nawet nieco za mało. Zważyłam się niedawno no i dramat, w życiu tyle nie ważyłam. W życiu. Jestem przybita i sfrustrowana strasznie, nie wiem za jakie grzechy i dlaczego tak jest, skoro jem mniej niż inni wokół mnie. Ok, wiem dlaczego – mam zwaloną tarczycę i metabolizm, w dodatku w związku z porzuceniem po 12 latach antykoncepcji hormonalnej okazało się, że mam też uśpione problemy z jajnikami. Teraz muszę posprzątać ten bałagan, co kosztuje mnie nie dość że mnóstwo nerwów to i kasy. Zbadanie kilku hormonów i testy czynnościowe to kilkaset złotych, ale wiedziałam że prędzej czy później mnie to czeka – mam za wysoki testosteron i prolaktynę czynnościowo. Więc najprawdopodobniej poza Hashimoto, niedoczynnością tarczycy i przyplątanymi do tego innymi chorobami autoimmunologicznymi (łysienie plackowate, AZS itd.) mam też zespół policystycznych jajników. Nie wiem czy pociąć się już teraz czy poczekać jeszcze tydzień, co mi ginekolog-endokrynolog powie, bo chwilowo mam tylko przypuszczania mojej endokrynolożki. Więc jestem sobie gruba, głodna, wściekła. Mam 20 kg więcej na wadze (idealnie, jak w mordę strzelił) niż 5 lat temu, gdy udało mi się zejść do mojej wagi i sylwetki wymarzonej. 20 kg to nie przelewki. Zrzucenie takiej wagi wydaje mi się wyzwaniem na miarę wejścia na K2 zimą – niemożliwe. Ale staram się nie porzucać nadziei, nie rzucać się otchłań kompulsywnego obżarstwa, bo wtedy mi przybędzie kolejne 20 kg i wtedy to już czas umierać. Mój metabolizm ledwo dycha, cielsko jest białe, ciastowate i opuchłe. Ohyda.

Ale dość tego użalania się nad sobą. Pokładam jakieś nadzieje w porządnym leczeniu moich skopanych gruczołów dokrewnych, może wtedy będzie mi nieco łatwiej zrzucić przeklęte 20 kg. Od pewnego czasu (jakiś miesiąc) korzystam z ciekawego urządzonka monitorującego aktywność – tzn zrobiony pieszo dystans w ciągu dnia, ilość kroków, spalone kalorie, aktywność w czasie snu, itd. Garmin Vivofit dostałam w ramach abonamentu w Play, w sklepie kosztuje ok. 500 zł. Opaska nie wygląda specjalnie powalająco, trochę szkoda, bo inne smartbandy na rynku są nieco bardziej wymuskane pod względem ich dizajnu. Vivofit ma kilka ekranów przewijanych jednym jedynym przyciskiem: zegar, data, ilość kroków, ilość kilometrów, spalone kalorie, i ile kroków brakuje do określonego celu. Ciekawym patentem jest czerwony pasek, który stopniowo się powiększa im dłużej się siedzi w miejscu. Żeby pasek zniknął trzeba się przejść przez ok. 10 min. Wyświetlacz nie jest podświetlony, co może przeszkadzać jeśli się biega po ciemku. Ale też bateria ma starczyć na rok używania, więc rozumiem to oszczędnościowe rozwiązanie. Jeden przycisk po przytrzymaniu dłużej wprowadza urządzenie w tryb synchronizacji („sync”) i jeśli jesteśmy obok komputera, w którym odpalamy aplikację Garmin komputer pobiera dane z opaski. W zestawie z opaską dostajemy ant+, czyli przekaźnik na USB, który pozwala na synchronizację Vivofit z komputerem.

Opaskę można też synchronizować z aplikacją na smartfonie, po włączeniu blutetootha. Przycisk na opase po przytrzymaniu przez ok. 2 sek. przechodzi w tryb „sleep”, czyli monitorowania snu. Wszystkie te dane są przerzucane do aplikacji.
Aplikacja specjalnie nie powala, po prostu zbiera dane i umożliwia ich analizowanie w formie wykresów. Jest więc zestawienie tygodnia pod kątem ilości kroków zrobionych codziennie, są spalone kalorie (liczone po podaniu wagi, wzrostu, wieku – wszystko to tylko do wiadomości użytkownika), są „odznaki”, czyli mały motywator za przejście np. 100 tyś kroków. Indywidualnie ustanawia się swój dzienny cel, ja ustawiłam 8000 kroków, to jest ok. 6 km. Idealnie by było mieć 10.000 kroków, bo ponoć tyle wystarczy by człowiek miał wystarczająco aktywności w ciągu dnia. Jak się ociepli planuję chodzić do pracy w obie strony pieszo, więc wtedy te 10.000 kroków dziennie będzie do zrobienia. Jest też wykres aktywności we śnie, mierzona jest długość snu. To jest akurat najciekawsze, bo można zobaczyć zmieniające się fazy snu i jak bardzo samopoczucie po przebudzeniu zależy od tego, w jakiej fazie człowiek się budzi. Od listopada korzystam z lampy-budzika (Lumie Bodyclock), imitującej promienie słoneczne (nienawidzę budzić się w zimie w kompletnych ciemnościach, lampka stopniowo się włącza, na pół godziny przez włączeniem budzika, imitując świt. Przyznam, że zimowej deprechy w tym roku nie zaznałam – polecam szaleńczo), więc widać wyraźnie, że jak tylko lampa się włącza, tym bardziej sen jest płytki i wstaje się bardziej naturalnie i lepiej. Jeśli ktoś cierpi na SAD (seasonal affective disorder), czyli zimowe doły i smutki spowodowane brakiem światła, to tego typu lampa jest naprawdę świetnym gadżetem. Kosztuje sporo, bo ok. 500 zł za najprostszy model, ale warto zainwestować w swoje samopoczucie przez długie, polskie zimy.

Aplikacja Garmin umożliwia też wejście do swojej społeczności, gdzie można współzawodniczyć z innymi użytkownikami, wspierać się, czy po prostu gadać. Kolejny serwis społecznościowy absolutnie mnie NIE pociąga, więc nie korzystam z tej opcji. Do opaski Vivofit można dokupić pulsometr w formie pasa na klatkę piersiową, jeśli ktoś uprawia sport i dba o monitorowanie swojego tętna to może to być całkiem przydatne, tyle że jest to dodatkowy wydatek.
Podsumowując – opaska to miły gadżet, ogólnie: zbędny, ale że mam ją za darmo, a obecnie każda motywacja jest pożądana, to oceniam ją pozytywnie. Faktycznie chodzę więcej, bo opaska mi pokazuje ile mi zostało do celu, czyli 8000 kroków, a też aplikacja pokazuje ile dni z rzędu udało się osiągnąć cel, a kiedy było najsłabiej. Zmotywowało mnie to też do dłuższych spacerów poza miastem, łażenia po górach (ostatnia wyprawa w Tatry – 20 km w ciągu dnia, czyli 25.000 kroków, odznaka za potrójne przebicie celu dziennego ;) i ogólnej potrzeby aktywności. Nie jestem sportowym typem, raczej szybko męczącą się marudą, ale akurat chodzenie jest najmniej inwazyjne i całkiem miłe, jeśli okoliczności miejsca i przyrody sprzyjają – to już w ogóle. Vivofit jest ciągle na ręku (aha, jest wodoodporne), więc ciągle przypomina o sobie i bezlitośnie wszystko liczy, podsumowuje, analizuje.  

środa, 14 stycznia 2015
Welcome back - książki o dietach i nie tylko

Od ostatniej wizyty tu minęło... no, półtorej roku.
Czy coś się zmieniło? Czy jestem trwale, pięknie odchudzona? Oczywiście: nie.
W międzyczasie wyszłam za mąż i jeśli wizja siebie w sukni ślubnej i na milionach zdjęć nie dała mi kopa większego niż potrzebnego do zrzucenia 3-4kg to już nie wiem czy cokolwiek da. BTW na zdjęciach nie wyszło tak źle, bo od czego profesjonalny makijaż (konturowanie twarzy! hell yeah!) i profesjonalnie zastosowany photoshop.
Problem tak czy inaczej nie zniknął. Permanentnie mam sporą nadwagę i osiągnięte mistrzostwo w wyborze ubrań w których wyglądam spoko jak na swoje możliwości fizyczne. Na szczęście mieszczę się jeszcze w rozmiarówce standardowej sieciówki, choć osiągam górną granicę. Damn. Jest to oczywiście śmiech przez łzy, bo oglądanie siebie w lustrze tylko pod określonym kątem to rodzaj wypierania problemu. Już nie wiem co mam zrobić.

Podsumowując ostatnie półtorej roku:

1. Diet coach
Po około kwartale spotkań dałam sobie spokój. Chyba moje oczekiwania względem pani psycholog nie pokrywały się z jej planem na mnie. Trochę jak z Woody'ego Allena, gdzie miałam tylko monologować na swój temat i sama wyciągać wnioski. Gdybym tego chciała wystarczyłoby się nagrywać na dyktafon i potem odsłuchiwać. Nie zachęcał fakt, że moja wiedza na temat diet czy fizjologii spadku wagi była większa niż u pani psycholog.
Podziękowałam jej w momencie, gdy po 2 miesiącach zdrowego, grzecznego jedzenia z umiarkowanymi wyskokami przydarzyła się nieuchronna Czarna Dziura. Fast food, słodycze o północy, słoik nutelli na raz, itd. Wszystko to w oczywisty sposób skorelowane ze stresem w pracy i zmęczeniem w związku z odejściem od dotychczasowych nawyków bezrefleksyjnego odżywiania. Nie dostałam od niej żadnej sensownej rady, wsparcia, czegokolwiek.
Oczekiwałam chyba slapa, wstrząśnięcia, otrząśnięcia siłą - nic takiego się nie stało, poza jękliwymi pocieszeniam że będzie dobrze. Dobrze nie nastąpiło. Druga rzecz, że temperamentami się nie zgadzałyśmy, pani z gatunku cichych niskociśnieniowców, ja raczej z życiowym nerwem.


2. Lektury, lektury, lektury...

Książki i poradniki - w życiu nie sądziłam, że mnie to wciągnie. A wciągnęło i to solidnie. Niżej większość tytułów, które przeczytałam w ciągu ostatnich 18 miesięcy.
 

Siła nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie - Charles Duhigg
Ocena: 6/10
Książka prezentuje (ale nie daje rozwiązań) na czym polega nawyk jednostki, organizacji i społeczeństwa. Podane są przykłady eksperymentów socjologów i psychologów, także czyta się jak tekst popularnonaukowy - a że autor jest dziennikarzem, więc książka jest lekkostrawna i nie ma odchyłki akademickiej. Jest też rozwleczona i momentami nudnawa, zasadniczo początek (o jednostce) jest najciekawszy, reszta skierowana jest bardziej do managerów czy polityków. Oczywiście czytałam pod swoim kątem, tzn skąd u mnie chora miłość do słodyczy i czekolady, skąd ten nawyk i jak z nim skończyć. Tak więc powinnam zmienić ten nawyk na inny i trenować "mięsień" siły woli, a do tego wierzyć bezwzględnie w sukces, który na pewno mnie czeka. Te dwa zdania streszczają ponad 400 stron, książki nie polecam. Wystarczy przeczytanie wstępu Ewy Woydyłło w jakimś empiku, bo zawiera on w sobie clue.

 



Zamień chemię na jedzenie
- Julita Bator

Ocena: 5/10
Jeden z rodziałów ma tytuł "przypadki strapionej matki" i to jedno zdanie podsumowuje na co się w tej książce natkniemy. Jest to poradnik dla eko-mam i gospodyń domowych, które dzielnie wszystko same przetrą, ugotują od zera, upieką chleb i najlepiej zmielą same ziarno z pewnego, organicznego źródła :) Jest tu kilka rzeczy wartościowych, jak wytłumaczenie co jest konserwantem, co aromatem, co barwnikiem. Co znaczą długie nazwy związków chemicznych na opakowaniach. Omawia różne grupy produktów dostępne w sklepach, w większości przypadków jest to jednak wiedza bardzo podstawowa, którą ma większość osób zainteresowanych tematem zdrowego odżywiania. Przepisy są też bardzo proste, podstawowe, coś faktycznie dla mam małych dzieci. Jak ktoś ma dużo wolnego czasu i lubi pichcić to pewnie książka będzie wartościowa. Jak dla mnie to Ameryki tu nie odkryto.

 

FitMind. Schudnij bez diet - Klaudia Pingot, Aleksandra Buchholz
Ocena: 4/10
Książka pisana zen-językiem "Sensu" czy "Zwierciadła". Czyli dużo Oświecenia (pisanego z wielkiej litery), metafor, przypowieści i potwornej grafomanii w duchu dalekowschodnim. Mamy linie czasu, mantry, "tworzenie pola", czerpanie energii. A do tego singielki, flow i kilka innych anglicyzmów, będących w dobrym tonie w środowisku wielkomiejskim. Czyta się to koszmarnie źle, a szkoda, bo idea jest zacna! Nieźle jest przedstawiony temat motywacji, uzależnienia od jedzenia, emocjonalnego jedzenia. Można by to napisać lepiej. Nie polecam ludziom uczulonym na pretensjonalne młode autorki ;)


Cukier, sól, tłuszcz. Jak uzależniają nas koncerny spożywcze
- Michael Moss

Ocena: 8/10
Niby temat przetworzonej żywności i co w niej czyha nie jest dla mnie specjalnie nowy, ale ta książka to pełnokrwisty thriller. W dodatku thriller rzucający nowe światło na branżę spożywczą. Bardzo fajna lektura, co wrażliwszych odrzuci od fast foodów i gotowych produktów w sklepach. A mniej wrażliwych nauczy sceptycyzmu nieulegania reklamom. Polecam szczerze, rewelacyjne, amerykańskie czytadło, które pokazuje machlojki i
kombinacje amerykańskich koncernów spożywczych (a większość produktów tych koncernów jest też dostępna w Polsce) przez ostatnie kilkadziesiąt lat; które świadomie uzależniają konsumentów powalającymi dawkami soli, cukru, chemii tylko po to, by sprzedaż wzrastała. Nagle chorobliwie otyłe społeczeństwo w USA przestaje być w moich oczach "same sobie winne"...


Opanuj swój metabolizm
- Jillian Michaels

Ocena: 6/10
Guru fitnessu o endokrynologii - brzmi absurdalnie i momentami książka o absurd się ociera. Książka jest wybitnie amerykańska, język jest arcy-poradnikowy i ciężkostrawny. Ale że sama mam hormonalne wariacje (niedoczynność tarczycy, tak jak autorka), postanowiłam przez panią Michaels przebrnąć. Bardzo przystępnie wytłumaczone jest działanie hormonów oraz ich wpływ na metabolizm, a także grupy produktów spożywczych czy nawyków żywieniowych, które mają wpływ na ludzki układ hormonalny. Michaels pisze też o toksynach czy związkach chemicznych obecnych w przeciętnym gospodarstwie domowym, które warto wyeliminować, bo też wpływają na wydzielanie hormonów. Przepisy są od czapy, pełne tempeh, czipotle, komosy i innych egzotycznych gadżetów spożywczych. Książka niezła, gdyby nie klasycznie "poradnikowy" język i wyraźnie amerykańskie realia.


Dieta dr Beck. Myślenie wyszczuplające
- Judith S. Beck

Ocena: 10/10
Naprawdę wybitna książka o odchudzaniu (ale dość ciężka do kupienia w sklepie... nakład niemal wyprzedany :/). Jest to pozycja, która zajmuje się tym, co odchudzający ma w głowie - jakie lęki, jakie nawyki, skróty myślowe stosuje, co się dzieje z tzw "silną wolą" w trakcie odchudzania. Co pomaga, a co przeszkadza w codziennym fukncjonowaniu. Nie ma tu diet (stąd tytuł jest tyle mylący, co przewrotny) ani przepisów na dania, są za to konkretne zadania do wykonania, które zwykle proponuje wykonać psycholog czy diet coach. Jest wiele zapisów terapii i rozmów z osobami na diecie, które walczą ze sobą, chcą zrezygnować - po przeczytaniu ich człowiek wcale nie czuje się taki wyjątkowy w swojej "walce" o lepsze zdrowie i figurę. Książka jest niezwykle bogata w wartościową i użyteczną treść, nie ma tu wypełniaczy i powtórzeń w nieskończoność tego samego, co zwykle robią amerykańskie poradniki. Naprawdę warto przeczytać, warto stosować sztuczki i tricki, które dr Beck proponuje.

 

 

A teraz?
Teraz czytam Nowoczesne zasady odżywiania Colina T. Campbella - książka jest mocno naukowa, akademicka, gęsta w statystyki i opisy eksperymentów naukowych. Dotyczy weganizmu, czyli diety zupełnie pozbawionej produktów zwierzęcych. Pociąga mnie to od ostatnich miesięcy, nałożyło się na siebie kilka rzeczy (wstrętne mięso w sklepach pt. śliskie wędliny, coraz gorsze reakcje organizmu na nabiał, plus ogólne uwielbienie dla
zwierząt ;), obecnie jem mięso sporadycznie, nabiał ograniczam do odrobiny mleka w kawie rano. Ciężko mi zrezygnować z jajek i ryb. Subskrybuję wegańskie kanały na Youtube, w tym sympatyczne kuriozum, czyli Freelee the Banana Girl - stosuje ona autorską dietę Raw Till 4 opartą na owocach i produktach wysokowęglowodanowych (ogólnie - owoce i surowizny do godziny czwartej, a o czwartej wysokowęglowodanowy posiłek ciepły jak ryż, kasza itd. z warzywami). Propaguje banany jako główny pokarm, wręcz dietę Banana Island, czyli odżywianie się przez np. 30 dni tylko bananami. Lubię banany, ale come on ;) Tak czy inaczej dziewczyna ma charyzmę, jest przemiła i zbudowana jest jak bogini. Chodząca reklama swojej diety ;)
Druga rzecz, że borykam się ze swoim układem hormonalnym i szalonymi autoagresjami :( Nie wiem co się dzieje, ale wszystkie kobiece "plagi egipskie" mnie dotknęły i to w postaci dość brutalnej. Stąd zbastowałam z solą, mięsem, tłuszczem, jem dość zdrowo, chudo, warzywnie-owocowo. Jestem lekko przerażona po wizytach u dwóch lekarzy, bo organizm mi odwala bonanzę na całego. M.in. łysienie plackowate, hardkorowe atopowe zapalenie skóry, rozwalony cykl menstruacyjny i inne radości. Nie mówiąc o opuchliznie i sporym przytyciu. 

niedziela, 14 lipca 2013
Allen Carr - Prosta metoda jak skutecznie pozbyć się zbędnych kilogramów. I kwestia warzywna.

Sięgnęłam ostatnio po dwie książki osławionego Allena Carra, który pomógł wielu ludziom rzucić palenie. Ci ludzie są także w moim najbliższym otoczeniu, niektórzy palili nawet dziesiątki i lat i potrafili z dnia na dzień odstawić nikotynę. Brzmi jak jakaś magiczna sztuczka, albo efektowne pranie mózgu – dlatego z dużą ciekawością rzuciłam się na książki Carra na temat zrzucenia wagi. Kto wie, może jest nadzieja? ;>

 

Od razu zacznę od tego, że druga pozycja – Koniec z dietami – to tylko skrót Prostej metody jak skutecznie pozbyć się zbędnych kilogramów, tylko w formie punktów/ krótkich rozdziałów. Dokładnie ta sama treść. Paradoksalnie taki skrótowiec pod ręką może być pomocny, a kieszonkowe wydanie pozwoli mieć zawsze pod ręką, szczególnie w gorszych chwilach, gdy chcemy się podbudować psychicznie.

Co do właściwego tytułu, czyli Prostej metody jak skutecznie pozbyć się zbędnych kilogramów, to wrażenia mam dość mieszane. Ale przeważają pozytywy.

Po pierwsze – bardzo nie lubię tego bezczelnie sekciarskiego, bezpośredniego i takiego chamsko „osobistego” stylu amerykańskich poradników. Wszystkie zaczynają się od JA, a kończą na TOBIE, CIEBIE, TY, TY, TY. Wiem, że jest sprytne podejście czytelnika, manipulacja językowa, ale psychologicznie – to ma działać. I prostaczy sposób: działa. Podobnie jak wielokrotne powtórzenia, techniki erystyczne, obrazowość w celu wzbudzania wstrętu (typu porównanie jedzenia fast fooda do jedzenia szczura, czy czekolady do pełnego uzależniaczy sprasowanego gówna). 
No, ale czegóż się nie zrobi dla szczytnego celu – nawet przeczyta takie językowe koszmarki jak ta książka Carra. Zrzymałam się w duchu wielokrotnie, czytając tą książkę, ale od rzucenia jej w kąt powstrzymały mnie momenty "oświecenia" (!) – bo takie miałam.

No właśnie, druga rzecz – oświecenie. Brzmi hippisowsko i pompatycznie, ale nawet dla mnie, która zęby zjadła na dietach ;) i spędziła na nich lata, kilka rzeczy było w swojej prostocie odkrywczych. 
Np. dlaczego diety nie działają długodystansowo, dlaczego sport w celu odchudzenia się nie działa, dlaczego zapału i silnej woli nie starcza na długo. Dlaczego stosowanie się do wskazówek, narzuconego odgórnie planu utraty wagi męczy jak zesłanie na lata ciężkich robót w kopalni i powodują ogólną nieszczęśliwość, uczucie straty i szybkie porzucenie celu. Podobnie z przepisami i układaniem menu – nie ma nic bardziej nużącego niż ważenie posiłków, liczenie kalorii czy IG, procentowej zawartości białka, węgli, itd. Czy – nie daj Boże! – stosowanie się do konkretnych przepisów. Bardzo rzadko stosuję przepis na danie punkt po punkcie –  zawsze coś zmieniam, dodaję od siebie, albo nie stosuję jakiejś przyprawy czy składnika. Taki mój charakter.  Swoją drogą ten "charakter" został nazwany "osobowość w rozmiarze  XXL" - o czym bardzo już naukowo można poczytać TU. Pomocna rzecz i wiele rzeczy nazywa po imieniu: większość z nas, odchudzających się odwiecznie, przeżywa to samo. Stosuje te same mechanizmy psychologiczne. Myśli tak samo na temat jedzenia i wyrabia sobie pewne niebezpieczne nawyki.   Stosowanie się do narzuconych zasad odżywiania/dietowania rzadko ma coś wspólnego z indywidualnymi preferencjami względem smaku, nie mówiąc o tym, że jest bardzo absorbujące. Dopóki mamy czas na takie roztkliwianie się nad każdą kalorią i gramem pęczaka na dobę to jest ok, ale przy nagłym stresie czy zmianach w życiu – nikt rozsądny nie ma ani siły, ani czasu na gotowanie np.dopieszczonego niskowęglowodanego obiadu z 3 składników (50/30/20) dokładnie na godzinę 14.00. Z kopiastą łyżką stołową kaszy i ani ziarna więcej! Na łyżce oliwy - i ani kropli więcej! Jawohl, herr kommandant!

Jedyna opcja to zmiana nawyków. Nawyki żywieniowe zmienić można, ale jest to faktycznie ciężka praca u podstaw. Lecz od czego nasz sprytny autor? ;) Na podorędziu ma kilka błyskotliwych metafor (wiewiórka, samochód, „małpi mechanik”, itd.), które faktycznie przemawiają do rozsądku. Do tego sugeruje większe „zbliżenie się do natury”, czyli jedzenie tego, co w „naturalnym środowisku” byśmy jedli. Dużo warzyw, nieprzetworzonej żywności, wody, pełnoziarnistych węglowodanów. Ludzie ponoć mięsożerni nie są, więc mięso w postaci – co najmniej – ograniczonej. Bez nabiału, bo dorosły osobnik mleka po prostu nie trawi, a tylko obciąża swój układ pokarmowy. I tak dalej.

W sumie najbardziej podoba mi się kwestia podejścia: z entuzjazmem, jak do nowego początku, przygody – uzdrowienia swojego ciała, które jest ociężałe, tłuste, ospałe, wręcz chore z nadwagi. Bez żadnego bicza, nakazów diety i tego nieszczęsnego wpasowywania się w niemiłe nam reguły gry w „dietę i sport”.

Po drugie nie ma sztywnych nakazów. Określania o której, co i w jakich ilościach masz jeść. Oczywiście do tego wymagana jest pewna wiedza na temat odżywiania, ale też po tą książkę sięgają ludzie, którzy przeżyli sporo diet, na temat odżywiania wiedzą dużo i zwykle WIEDZĄ co jeść powinni i co jest zdrowe. Na takiej bazie autor stara się zasiać ziarno – pewnego zwątpienia, zakwestionowania swoich nawyków, przez co powinni oprócz WIEDZY podjąć też DZIAŁANIE – i jeść lepiej ;)

Po trzecie – zawsze jest margines bezpieczeństwa, tzn staraj się w 70% jeść zdrowo, a te 30% zostaje na jedzenie bardziej złożone ("śmieciowe" w nomenklaturze Carra), z mięsem (ale też – tym lżejszym, niekoniecznie kotletem schabowym), z nabiałem, słodycze. Jednak po naczytaniu się, ile czasu gnijąc i cuchnąc zajmuje mięsu przejście przez ludzkie jelita, co jest dla nich ciężką pracą, a niemal żadną wartością – jakoś mniej się chce je jeść. Czy czekolada – że to jest narkotyk to wiem od dawna, bo jestem uzależniona ;) ale teraz wiem, że ma swoją nazwę (teobromina) i może uzależnić podobnie jak kofeina.

Od paru dniach widzę, że w głowie mi się nieco pozmieniało. Nie wiem na ile skutecznie, na ile mnie to nie umęczy. Bo nie mam ochoty na mięso (szczególnie czerwone), nabiał, a faktycznie dostałam owocowego fioła. Odfiksował mi się przymus „zjedz do końca”, „obiad to koniecznie mięso!”, czy że węglowodany i cukier to zło.
Lubię bardzo ryby, owoce morza (których teraz - z racji Hashimoto - mam ponoć unikać), mięso czerwone dużo mniej. Skuszę się na wspaniały, delikatny stek z wołowiny raz na dłuuugi czas, ale jakieś gulasze wieprzowe, kotlety, karkówka - to nie moje największe przysmaki... 

Nie zgodzę się z autorem co do jego przekonania na temat SMAKU. Że smak to kwestia tylko wypracowana, wyuczona przez karmienie od małego pewnymi okreslonymi daniami - i milionami reklam w TV. Że przecież "uczymy się" lubić np. gorzkie piwo, kawę, czy dziwne, egzotyczne dania (typu flaki), które w dzieciństwie nas odrzucały. I ten właśnie "dziecinny" smak powinien być przez nas pielęgnowany. Bo to jest instyktowny wybór, że nie lubimy gorzkiego (w naturze: trucizna), kwaśnego (w naturze: zepsute), czy tego co pachnie dziwnie (w naturze: nie jedz, to pułapka). Że smak zależy od np. położenia geograficznego, bo np. w Polsce króluje wieprzowina, ziemniaki i kapusta, w Azji ryż i warzywa - i te właśnie tradycyjne, regionalne dania nam najbardziej smakują, bo je po prostu mamy "wbite" do głowy jako najlepsze. Autor tym samym odrzuca kuchnię wyrafinowaną, poszukiwania kulinarne, degustowanie np. serów, grzybów, win, egzotycznych mięs czy przypraw. 
Autor: mięso surowe, bez przypraw czy ziół - odrzuca (ja: a sushi? tatar - choć ten jest doprawiony?). To oznacza, że nie powinniśmy go jeść, natura tego nie chce. Dopiero z przyprawami, w panierce czy pieczone nam smakuje. No dobrze, ale tak samo odrzuca surowy ziemniak (trzeba przetworzyć, inaczej możemy się zatruć) czy gołe, proste tofu. Nie mówiąc o wielu innych warzywach, które na surowo są po prostu obrzydliwe i niezjadliwe. Z owocami rzeczywiście jest to inna bajka, bo w dużej większości i pachną, i wyglądają, i smakują wyśmienicie, więc rzeczywiście owoce można uznać za jedyne potwierdzenie reguły "instynktownego smaku" Carra.  

 
Nie jestem wielką fanką warzyw, bo bardzo, bardzo rzadko można zjeść rzeczywiście apetyczne danie warzywne. Najróżniejsze restauracje wegańskie i wegetariańskie (czytaj: tanie jedzenie na studiach ;) nauczyły mnie, że wszystko się kręci wokół soi i strączkowych, że wszystko jest słabo doprawione, mdłe, niesmaczne, a w większości: DZIWNE. Sałatki w nawet dobrych restauracjach potrafią być smutną sałatą lodową z nieudolnym sosem bez smaku. Warzywa z wody jak już, to muszą być uwalane zasmażką. Sama rzadko umiem przygotować danie bezmięsne, które mi faktycznie smakuje - ale uczę się.


Nie da się ukryć: przepisy dla jaroszów są traktowane przez mainstream po macoszemu, brak popularyzacji, pasji, wielkich odkrywców i... kariery medialnej. Bo "bogowie" kulinarni mediów rozpływają się nad smażoną wołowiną, a nie kruchą sałatą. Anthony Bourdain, Gordon Ramsey, Nigella Lawson, Jamie Olivier czy choćby nasz Robert Makłowicz (żeby przywołać tych co bardziej znanych i charyzmatycznych) reprezentują klasycznych mięsożerców. Krwisty stek z czerwonym winem jest sexy. Slow food  to synonim dobrego, prostego (ale wyrafinowanego) życia, gdzie kultywuje się niespieszny, wartościowy posiłek. Bez unikania mięsa.
Gdzie tu miejsce dla wegetarian? Ta kuchnia jest z zasady eliminacyjna, więc okrojona i uboższa o wiele smaków. Jest też często paranoiczna w kwestii składu dań. Tropi się mięso, nabiał, żelatynę w cukierkach i inne składniki od-zwierzęce z pasją godną lepszej sprawy. Wymaga też hartu ducha, czasu, chęci i pasji, żeby ją stosować, bo świat wcale nie ułatwia odstawienia mięsa i innych produktów zwierzęcych. Znam wielu wegetarian, m.in. autorkę jednego z bardziej znanych wege-blogów i nie wydają się być nieszczęśliwi czy tęskniący za tym "morzem" smaków, których z własnej woli unikają. Nie przypominają sekty ekologów w sandałach i z dredami, którzy z ogniem w oczach próbują namówić pół świata do jedzenia soi z kapustą non stop. Ale ten archetyp, to przekonanie o istocie kuchni wegetariańskiej jednak przeważa.

Na koniec - podsumowanie 4 tyg. łykania Euthyroxu i niemal 2 tyg. "zakładu" z diet coachem. Tadaaam: 2,5 kg mniej.  

14:01, miss_cotton
Link Komentarze (3) »
sobota, 06 lipca 2013
Druga wizyta - ruszam z dietą, zadaniami, medytacją i celami :)

Po ponad dwóch tygodniach pojawiłam się znów u diet coacha.

Minęły prawie 3 tygodnie odkąd łykam Euthyrox na swoją niedoczynność tarczycy spowodowaną Hashimoto (które mam nieleczone od conajmniej 4 lat - wtedy pojawiło się łysienie plackowate i pierwsze poważne problemy z wagą). I cóż: jakość mojego życia naprawdę, zauważalnie się podniosła. Nie potrzebuję tyle kawy co kiedyś (na "dzieńdobry" standardem była podwójna kawka, żeby wogóle móc funkcjonować), nie chce mi się ciągle spać, poza tym: CHCE MI SIĘ. A dawno mi się chciało czegokolwiek od życia :) Nastrój się wyrównuje - powoli, ale zauważalnie.
Zaczęły mi rosnąć lepiej włosy, zarosły gołe "placki" na głowie (tzn zaczęły zarastać, a to już sukces), nagle zrobiła mi się niemal z dnia na dzień burza włosów, takich z błyskiem, trzymających kształt, itd. Nie widziałam takich włosów u siebie od lat... chyba późnolicealnych. Nie wiem na ile problem suchości skóry zaczął się zmniejszać, bo w upał i w lato zawsze odczuwałam poprawę. Ale fakt, że stopy nagle przestały tak masakrycznie szybko pokrywać się zrogowaciałą skórą.


A co do tematu numero uno na tym blogu, czyli wagi - opuchlizny nieco spadły, tzn palce i kostki u nóg są odrobinę mniej "kiełbasiane". Waga zaś sobie sama spadła (serio: SAMA, bo przez ostatni hardkor w pracy obżerałam się słodyczami i fastfoodami dzień w dzień) o około 1,5-2 kg.

Diet coach zadał mi kolejną pracę domową, a poprzednia faktycznie zapewniła mi sporą dawkę zdrowej autorefleksji. Chodziło o pisanie codziennie co się je, ale też stan ducha w jakim się coś zjadło, taki trochę pamiętnik odżywiania. Jak byk wyszło, że codziennie podjadam słodycze nawet ich nie kupując czy ich pożądając. Że w szale pracy zamawiam cokolwiek na wynos, byle tłuściej i bardziej sycąco. Takie żarcie psychicznie mi daje komfort i jakieś złudne zabezpieczenie, że z taką dawką energii na bank dam radę wszystkiemu. A ostatni miesiąc był absolutnym hardkorem w moim życiu.
Drugą rzeczą było spisanie powodów, dla których chcę schudnąć i tego, co schudnięcie zmieni w moim funkcjonowaniu - pozytywnie i negatywnie. Tak, negatywnych punktów też się kilka znalazło, jak np. skóra - może stracić jędrność, a twarz może wyglądać starzej (mam już 30-tkę, helou). I kilka innych, nad którymi się nie będę rozwodzić.
Następną porcją zadań jest określenie swoich ról społecznych i jak utrata wagi na nie wpłynie. No i pytania kartezjańskie, które pomogą mi uświadomić czego faktycznie chcę i jakie mogą być skutki nie podjęcia wyzwania. 

Plan na najbliższy czas: zrzucić w miesiąc 4 kg, tzn do 3 sierpnia powinnam ważyć okolice 76 kg. Podaję "okolice" bo w międzyczasie wizyty u diet coacha miałam okres, gdy moja waga oszalała z nadmiaru wody. Mam też wrócić do sportu - na razie jakiegokolwiek, żeby przełamać swojego wewnętrznego lenia i opór. Paradoksalnie to ostatnie wydaje mi się być mega cięzkie. Łatwiej mi odstawić wogóle słodycze i niezdrowe żarcie niż ruszyć tyłek na zajęcia.

 
Co do diety to podstawową rzeczą jest totalne odcięcie słodyczy. To jest moja największa słabość ever. Trzeci dzień jest dobrze, nie jem, chociaż ciągnie mnie jak diabli. Ustawiłam sobie za radą diet coacha przypominajkę na komórce w najgorszej godzinie (o 18.00 - zjadłabym wtedy konia z kopytami i tort trzypiętrowy SAMA) - "jedz ładnie ;)" Głupie, ale działa. Codziennie też sobie czytam swoją listę (co zaczyna przypominać właściwie mantrę) dlaczego chcę schudnąć. 

Mimo początkowego sceptycyzmu do tych coachingowych wizyt mam wrażenie, że to ma sens. Że ten człowiek gdzieś tam liczy na mnie, myśli o mnie, że podjęłam pewne wyzwanie i cel, z którego będę rozliczana. Oczywiście nie chodzi tylko o ten bacik i poczucie bycia kontrolowaną, ale o rozmowę i zadania coachingowe - mimo swojej pozornej prostoty i banalności - one faktycznie pomagają. A na pewno pomagają uświadomić sobie pewne rzeczy, które oczywiście WIEM, ale wypowiedziane głośno, albo napisane na kartce nagle wyglądają zupełnie inaczej i nabierają dużo większej wagi. 

sobota, 22 czerwca 2013
Diet coach - pierwsza wizyta. I konfuzja.

Po moich nieszczególnych wrażeniach ze spotkania z dietetykiem szukałam innej „pomocy z zewnątrz”, nieco bardziej może osobistej niż suche wyliczanie zawartości procentowej białka w posiłku. Stanęło na diet coach’u – więcej na temat tego, kto to jest i na czym cały wic polega piszę we wcześniejszych notkach.
Tuż po spotkaniu oczywiście poczułam się uwznioślona i jak na skrzydłach frunęłam do domu. Prosto w objęcia obiadu… może niezbyt dietetycznego, ale sukcesem jest choćby fakt braku „deserku”, który ostatnio u mnie gości po każdym kęsie czegokolwiek. A kysz prince polo, a kysz.
Tak czy siak – jestem chyba znów na krzywej wznoszącej się, już nie w dołku. Jestem typem lubiącym skrajności, ale szybko się zniechęcam. I boję się, że to co czuję to słomiany zapał. Forma uzależnienia od jakiegoś stałego punktu, na którym się mogę oprzeć. Tak jak szybko i entuzjastycznie się nakręcam, tak szybko się męczę i potem może być TYLKO gorzej, co kończy się szybkim ucięciem jakiejkolwiek formy uzależnienia od zewnętrznego wsparcia. Jeśli teraz znów jest właśnie tak, to pewnie po kilku spotkaniach cała zabawa się skończy. Powielam ten schemat słomianego zapału od naprawdę długiego czasu.

Odczucia po spotkaniu mam dość mieszane. Pani bardzo sympatyczna. Przyjacielska wręcz, rozumiejąca. Ale nie nazbyt spoufalona czy ciepła – bez mazania się i przybijania górnej piątki, jakie to my kobiety biedne, przejmujemy się zanadto wyglądem, wagą i gimme a hug! W sumie pierwsze spotkanie to takie zapoznawanie się i obniuchiwanie, ale mam wrażenie, że trochę moja osoba tą panią przerosła (dosłownie i w przenośni ;) Wylało mi się trochę syfu, zastanawiam się, na ile diet coach to psycholog, a na ile dietetyk z nastawieniem zen?
Bo przyszłam do niej (niespodziewanie dla mnie samej, bo nie przygotowywałam się w żaden sposób) ze sporą dawką przemyśleń, momentami zaskakujących dla mnie – tzn słowotok bez większego planu przeobraził się w coś większego niż zamierzałam.
Popaplałam sobie o mojej dietowej historii, problemach, mojej archetypicznej Matce-Polce, która gotuje obiady z 10 dań, itd. itp. Wiem jak się prawidłowo odżywiać, po prostu nie umiem wprowadzić tego w życie. I tu chyba leży problem – dlaczego nie umiem i nie chcę.
Dostałam rady, ale bardzo ogólne. Trochę pracy domowej, której wykonywanie niespodziewanie całkiem sporo daje do myślenia. Mam się nie ważyć, nie myśleć o żadnej diecie czy chudnięciu. Po prostu sobie świadomie żyć, prowadzić formę pamiętnika, w którym m.in. ma być to, co jem, w jakim stanie ducha i okolicznościach przyrody.
Także zobaczymy. Nie jestem święta, od momentu spotkania jem raczej „średnio-na-jeża”. Ale plusem jest fakt, że myślę zanim zjem i nie popadam w rzekomo nieświadome stany żarcia czegokolwiek, byle tłuściej i szybciej.



Co do tarczycy i Hashimoto to USG na szczęście pokazało, że tarczyca nie ma się nieźle, guzków brak. Euthyrox w dawkach (na zmianę) 12,5 i 25 nie wiem czy działa – ciężko mi cokolwiek stwierdzić po kilku dniach/ prawie tygodniu. Są sakramenckie upały, więc piję morze wody i jem owoce, także z energią do życia nie jest źle. Jedyne co realnie jestem w stanie zauważyć, co się zmieniło, to libido J Ze stanu „mniej niż zero” jest nieco lepiej. Choć to też – znów – może być zasługą lata, słońca, warzyw i owoców, a nie ładowania się hormonami tarczycy. 
Minusem (które znów może wynikać z temperatur powyżej 30 stopni) jest opuchnięcie ciała, wzdęty brzuch i poczucie bycia orką na przemian z kaszalotem.. ;)

13:13, miss_cotton
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 czerwca 2013
Hashimoto, niedoczynność tarczycy i inne niespodzianki (także dietowe)

Od miesiąca jest "czarna dziura". Jem bez umiaru, tyję. Nie wiem ile, nie weszłam na wagę. Przykro mi, że znów dałam ciała, szło mi przez miesiąc fantastycznie. Zjawiskowo. Niemal bez wysiłku, ze zrzucaniem wagi może powolutku, ale jednak. Wszystko nagle pękło, oto jestem po 4 tygodniach ze słodyczami, fast foodami, bez sportu. Zaspokojona, jeśli chodzi o tzw. smaki, ale myślę o sobie jak najgorzej. Znów.

Jutro idę do tzw. diet coacha - obiecałam sobie wizytę u takiego oto specjalisty jeśli znów polegnę.
Wizyta kosztuje 100 zł, jestem ciekawa co usłyszę i czy mi się spodoba. Nie nastawiam się źle, bo ta pani to może moja ostatnia deska ratunku, ale troszkę mam obawy względem podejścia hurra-optymistycznego (rodzaju "amerykańskiego wsparcia") i pieprzenia w bambus, czyli banały typu "poznaj siebie, odnajdź w sobie swojego własnego coacha" itd. Jestem klasycznie środkowoeuropejska; cynizm, czarnowidztwo i złośliwe poczucie humoru to moje przymioty kardynalne. Nie dam się (niestety) zbajerować prostym keep smiling i hippisowskimi metodami zgłębiania siebie.

Druga rzecz, a w sumie najważniejsza jeśli chodzi o moje wieloletnie walki z wagą, opuchlizną i ogólnie depresyjno-złym samopoczuciem. Otóż mam Hashimoto i w wyniku tej choroby - niedoczynność tarczycy. Ponoć teraz jest to rzecz tak powszechna wśród gawiedzi jak niechęć do Kim Kardashian. Ale jednak jakoś mnie to podłamało. 
Niby wyniki nie są najgorsze w świecie (mimo że mam to od paru ładnych lat, jak nie całą dorosłość...). Jednak mam niedoczynność jak ta lala.
Mam wszystkie klasyczne objawy tego, że tarczyca atakuje samą siebie. Przez co ważę sporo i ciężko mi schudnąć. Mam bardzo suchą, pękającą wręcz skórę, włosy cienkie, okresowo wypadające (także plackami...). Wieczne zmęczenie, częste "doły", spanie ile wlezie. Alergie na wszystko, opuchlizna dłoni, kostek, twarzy, często powiek. Nadwrażliwość na słońce. Wyliczać można długo. 

Najlepsze (ekhm...) jest to, że wszystkie powyższe rzeczy zwykło się zwalać na lenistwo, wiek ("lata lecą!"), skapcanienie ("co taka nietowarzyska jesteś...?"), brak dbania o siebie, ogólny życiowy marazm. Na szczęście na wizycie u dermatologa z moimi nieszczęsnymi włosami dowiedziałam się, że wyglądam na "coś tarczycowego" i mam zbadać wszystko co się da. Wyszła niedoczynność, a pani dermatolog jestem wdzięczna - zaczęłam obecnie od małych dawek Euthyroxu po wizycie u endokrynologa i... może to efekt placebo, ale jakby nowe życie we mnie zaczęło wstępować. Nie muszę pić tyle kawy, żeby się postawić na nogi (wręcz wogóle nie piję), a piłam średnio 3-4 kubki dziennie - nie ukrywam, że też z powodu zaparć. Teraz wszystko idzie jak z płatka ;)
Zobaczymy co będzie dalej, na dniach mam USG tarczycy. Mam nadzieję, że nie ma guzków - przynajmniej palcami niczego nie wyczuwam.

Wracając do tematu diety i tracenia wagi - Euthyrox i ustabilizowanie TSH ma mi (poza przywróceniem energii do życia) pomóc zrzucić tłuszczor. Ciekawe. Oczywiście bez diety ani rusz, ale cichutko wierzę, że będzie nieco łatwiej i może ustabilizowane samopoczucie, bez dołów, rzutów depresyjnych itd. pomogą mi się trzymać diety i sportu. 

 
1 , 2