Blog > Komentarze do wpisu
Te kilka rzeczy o macierzyństwie

1. Świat się przewraca DO GÓRY NOGAMI. Wszystko się zmienia o 180 stopni

Banały, które powtarzają dosłownie wszyscy dzieciaci, a które – jak to banały – nie mówią nic. Albo wypuszcza się je przeciwnym uchem, niż się je wpuściło. Zwykle wypowiadają je tonem wtajemniczenia (ale i wyższości) świeżo upieczeni rodzice, z poczuciem misji przyuczenia i przestraszenia ciężarnej pary.
Reagowałam na te teksty pobłażliwie. Że są to takie polskie straszaki, takie nasze narodowe czarnowidztwo, żeby wbić szpilę szczęśliwym ludziom, żeby aby za szczęśliwi nie byli. Albo znów podchodziłam do tego z wyższością z mojej strony, czyli U NAS tak nie będzie. Nie jesteśmy już rozwydrzonymi, nieogarniętymi małolatami, tylko stabilnymi i zorganizowanymi ludźmi po trzydziestce. Mistrzowie logistyki i planowania. „Wyszaleni”, napodróżowani, bez tęsknot do rozrywek, bo mieliśmy ich już na tony. Ha, to my! A nasze dziecko na pewno będzie ciche, miłe i spolegliwe.
Ta pycha została ukarana przykładnie, bo nasz syn przez pierwsze 6 tygodni życia pokazał nam, że owszem, wytarty tekst o przewracaniu rzeczywistości do góry nogami to najczystsza prawda. Da się. On potrafi J

Miał alergię na białko mleka krowiego, wykrytą po tych 6 tygodniach. Tak więc – po moim pokarmie płakał, drapał się, miał wysypki i mnóstwo strzelających jak z armaty kupek w ciągu dnia. Sen – bardzo kiepski. Jego i nasz.

Tak, rzeczywistość się zmieniła o 180 stopni.

  • Sen – z rzadka, porcjowany. Czuwanie. Nasłuchiwanie jęków dziecka. Najgorsza bezsenność, czyli: po co mam zasypiać, skoro zaraz mały mnie zbudzi. Nie wiedziałam, że tak źle sypiając będziemy z mężem źli na siebie i na świat. Że będziemy skołowani, ogłupiali, warczący na siebie nawzajem. Że najprostsze czynności będą wyzwaniem, a najmniejszy problem urośnie do rangi katastrofy. Sen jest kurde strasznie ważny w funkcjonowaniu, potwierdziłam tą tezę należycie.

  • Jedzenie – gdy słyszałam opowieści, że noworodek nie pozwala rodzicowi zjeść w ciągu dnia i nawet zrobić sobie głupiej kanapki – nie wierzyłam. To jakaś nieudolność i nieogarnięcie! No i na własnej skórze zaznałam tego, że małe dziecko może wymagać takiej uwagi, że nie masz czasu na zjedzenie śniadania. O planowaniu zakupów, ich zrobieniu i ugotowaniu obiadu nawet nie wspominam. Prawie zbankrutowaliśmy na jedzeniu na wynos w pierwszym miesiącu życia. Ale jeśli dziecko płacze non stop, nie sposób go odłożyć i jest w miarę spokojne tylko noszone na rękach, śpi po 20 min przy ABSOLUTNEJ ciszy to jak tu gotować, szykować, jeść? Słynna jest już u nas historia z jedzeniem na dziecku i wysmarowaniem go przypadkiem wędzoną makrelą po główce.

  • Higiena – że niby się z małym dzieckiem nie umyjesz, nie weźmiesz prysznica, dłuższa posiadówa w toalecie – no way. Makijaż, manicure, maseczka, pedicure, ułożenie włosów? zapomnij. Tu przyznam, że nie odpuściłam podstaw. Prysznic co rano, mycie włosów, zębów, wysmarowanie całego ciała i golenie niezbędności skróciłam do niezbędnego kwadransa, ale te czynności odbyć się muszą. Dla własnego zdrowia psychicznego. I fizycznego, bo mój poród i pierwsze tygodnie z noworodkiem przypadły na okres największych upałów w Polsce od dawna: 3 tygodnie powyżej 30 stopni (a bliżej 35 stopni) to był po prostu koszmar przy uwięzieniu w domu z dzieckiem. Włosów już nie suszyłam, makijażu przez ponad miesiąc nie zaznałam (a bardzo lubię i jest to dla mnie forma relaksu), manicure, pedicure – niet. Fryzjer – bez szans (zresztą po co – włosy zaczęły wypadać tydzień po porodzie i dalej wypadają, już 4 miesiące).

  • Rozrywki, hobby, odpoczynek, własne małe rytuały, spotkania towarzyskie – no cóż, wszystko to jest na ostatnim miejscu, jeśli jakimś cudem uda się spełnić podstawowe potrzeby triady sen-jedzenie-higiena to MOŻE masz na coś siły i czas. Uratował mnie kindle. Wzbraniałam się przed nim wiele lat, bo kocham książki papierowe, ich zapach, wygląd na półce, zbieractwo. Skończyło się, gdy na półce zabrakło miejsca i po próbie czytania 900-stronicowej knigi nad główką noworodka o trzeciej w nocy podczas karmienia piersią. Kindle jest cudownym wynalazkiem i obecnie nie wyobrażam sobie bez niego życia, choć żal po tworzeniu latami pięknej biblioteczki pozostał. Kolejna rzecz to Netflix. Koniecznie podpięty do telewizora z opcją smart, inaczej sensu nie ma (odtwarzanie z komputera wymaga sterowania myszką na komputerze, a nie pilotem. Oglądanie filmów na smartfonie czy tablecie to też nie jest satysfakcjonujące doświadczenie). Tysiące filmów, seriali, dokumentów – coś pięknego dla świeżo upieczonej matki. Minusem jest natężenie dźwięków i miganie obrazu, które może irytować dziecko.

  • Hobby i własne rytuały np. niespiesznie jedzone śniadanie z gazetką, radiem, smażonymi naleśnikami… Hmm, na jakiś czas trzeba je niestety zawiesić, ale niekoniecznie rezygnować. Po okresie czarnowidztwa „to koniec! Koniec MNIE! Została tylko orka przy dziecku bez moich drobnych przyjemności” widzę światełko w tunelu, że im dziecko starsze tym więcej można. Nawet zrobić szybki makijaż przed spacerkiem ;) 

  • Spotkania towarzyskie – na pewno znajomi się rzucą do odwiedzin nowonarodzonego, ale nie są to już spotkania JAK KIEDYŚ. Długie, głośne nasiadówy, często z alkoholem, muzyką, graniem w gry. Obecnie znajomi porozczulają się nad dzieciątkiem, wręczą rytualnie prezent i po godzinie ich nie ma – bo zaraz przecież kąpiemy, lulamy, karmimy. Nawet wyrwanie się do miasta na kawę z koleżanką kończy się szybko jeśli karmisz piersią. A jeśli nie karmisz to i tak świeżo odkryty instynkt macierzyński i nowo odkryte lęki o dobrostan dziecka pognają cię do domu, czy żyje, oddycha i ojciec podołał godzinie opieki ;)


2. Karmienie piersią i terror laktacyjny

Moje podejście w ciąży do karmienia piersią było luźne, ale na plus. Chcę karmić piersią, owszem. Bo to zdrowe dla dziecka i matki, bo może unikniemy alergii (których ja mam krocie), wzmocnimy odporność, oszczędzimy kasę i czas na zabawie w mleko modyfikowane i butelki. Ale JEŚLI by się nie dało (z mgliście niesprecyzowanych powodów) to ok, damy radę. Ja, moje siostry, pokolenie lat 80. było na butli chowane, taki trend i szybkie powroty matek do pracy wymusiły sytuację. Żyjemy i jesteśmy zdrowi. No, ale wiadomo – breast is best.
W szpitalu przystawiłam swojego noworoda kilka godzin po cesarce. Ssał jak odkurzacz, całkiem przypadkiem przystawiałam go od początku bardzo dobrze. Moje piersi okazały się być stworzone do karmienia, choć mała asymetria wymagała trochę gimnastykowania się przy jednej stronie. Nie pękały mi sutki, nie miałam ran, bólu, dyskomfortu. Nie wiedziałam, że Mały był dokarmiany mieszanką na oddziale noworodków, a i potem pielęgniarki sugerowały dokarmianie. Rozdawały małe, jednorazowe buteleczki – żeby dzieci spały, żeby na oddziale była nocami względna cisza, żeby wszyscy choć odrobinę mogli odpocząć – i matki, i dzieci, i one – pielęgniarki. Tak więc z mgłą w głowie, mimo że wcześniej czytałam i wiedziałam, że dziecko na początku nie potrzebuje Bóg wie ile mleka, odrobina siary z piersi wystarczy – dawałam dziecku te buteleczki. Karmiłam piersią, a potem na dobitkę/na sen – 15-20 ml mieszanki. Nie wiem czemu, tzn wiem – żeby lokatorka z pokoju i jej dziecko spało (też dawała butelkę), żebyśmy my pospali… Bo taki był „trend” na oddziale? Wygodnictwo? Konformizm? Nie wiem. Doszedł potem argument żółtaczki, przez którą nas nie chcieli ze szpitala wypuścić (dokarmiać! Płyny podawać!). Trzeciego dnia po cesarce zauważyłam wreszcie krople CZEGOŚ na sutkach. Popłakałam się, bo w otumanionym hormonami mózgu zapadła już czarna jak smoła żałoba po laktacji. Nie mam mleka i już! A przecież po cc to nie jest wcale takie szybkie…
W domu staraliśmy się ograniczać butelki, ale mały łapczywiec już się rozkręcił z apetytem. Było ciężko. Nawału nie miałam nigdy, stąd teza, że mleka mam mało, laktator ledwo-ledwo 30-40ml ściągał. Być może to była prawda, mimo godzin spędzonych z dzieckiem na kanapie, które ssało godzinę-półtorej, przysypiało i zaraz po skończeniu ssania było głodne. Skołowana stwierdziłam, że mam mało pokarmu. A on przypuszczam, że tak często po prostu musiał jeść, że noworodki chcą tak często, bo tak już mają J I że karmienie piersią to na początku gigantyczne poświęcenie ze strony kobiety.
GIGANTYCZNE.



Właśnie podczas karmienia piersią dochodzi do sytuacji: nie mam czasu na siku, na prysznic, na kanapkę. Wrastasz w kanapę, stapiasz się z nią. Burza hormonalna wpędziłaby cię w depresję nawet gdyby mieć rajskie warunki, dwie nianie i stado mam, cioć na podorędziu – a gdy się siedzi godzinami samemu w domu z noworodkiem, który nie pozwala ci wstać (bo zaczyna wyć jak syrena alarmowa) to deprecha uderza  ze szczególną siłą. Wylałam morze łez. Nad sobą, nad dzieckiem, wyłam za utraconym życiem, tożsamością, sobą. Bo jest się wymieniem leżącym na kanapie, podłączonym na stałe do noworodka. To nienormalne.  Psychicznie nie mogłam temu podołać.

Cegiełkę dołożyła położna środowiskowa, kobieta sympatyczna i dziarska. Ale ta jej dziarskość i laktacyjny terroryzm (nie skierowany we mnie bezpośrednio, ale w szpital, który miał mi na starcie zepsuć laktację przez podawanie mieszanki – we mnie pośrednio, że się na to zgodziłam) zmięły mnie jeszcze bardziej. Zasugerowała marszcząc brwi, podnosząc ton i machając palcem, żeby przejść tylko na pierś. Umęczymy się (tzn – ja się umęczę), ale damy radę. Mleka mam mało, bo dziecko było dokarmiane butlą. Pierś po ściśnięciu wydawała smętne kropelki, nie było mowy o słynnych strugach, nawałach, moczeniu stanika. Nic z tych rzeczy.
W Internetach Hafija grzmi i prowadzi do boju o KP armię wojowniczych matek, które od leniwych i gorszych wyzywają te, którym się nie udało. Atak laktacyjny był z każdego miejsca w Internecie, które karmiąca non stop dziecko matka otwiera w swoim smartfonie. Wszystkim się udaje, każda matka ma pokarm.
Zawzięłam się i (częściowo) się udało. Mały dostawał małą butelkę tylko na noc, bo wtedy jako-tako przesypiał noce, a my jako-tako dzięki temu żyliśmy. Wstyd nam było tej butli. Mnie łamała ona serce co wieczór, była wg mnie symbolem mojej macierzyńskiej porażki. Dni były niekończącym się siedzeniem na kanapie, w tonie poduszek, z przyssanym non stop dzieckiem. Każde moje siku czy kanapka miała tło dźwiękowe w postaci jego płaczu.
Badana u Małęgo żółtaczka nie ustępowała, pojawiły się krostki na policzkach i szyi dziecka. Było bardzo chude. A ja dalej uparcie karmiłam piersią – z jednym wyjątkiem na 60-90 ml w butli na noc.
Wszystko się skończyło po 6 tygodniach.
Dziecko ledwo dobiło do dolnej normy przybrania na wadze. Krosty były coraz gorsze, sen niemal przestał istnieć, dziecko non stop płakało, wyło, miotało się, kupy były nawet częściej niż u przeciętnego noworodka. Nasze życie było jednym pasmem udręki – w piękne, polskie lato i upały 35-stopniowe – a i Małego też nie wyglądało różowo. Lekarz wreszcie zdiagnozował uczulenie na nabiał mleka krowiego (a żywiłam się wtedy głownie serkami wiejskimi, serem żółtym i  jogurtami), kazał dokarmiać specjalnym mlekiem na receptę dla dzieci ze skazą białkową.

Z dnia na dzień życie zaczęło być piękne.

Mały przestał ciągle płakać. Przestał się ciągle miotać. Zniknęła powoli wysypka i straszne krosty z buzi. Kupy zaczęły wyglądać bardziej poprawnie i nie były tak częste. Zaczął przybierać na wadze nawet 400g tygodniowo (! Musiał ewidentnie nadrobić) i nie wyglądał już jak żółte chucherko z Oświęcimia L Odpadł mu wreszcie kikut pępowinowy (tak, miał kikut ponad 4 tyg).
Wróciłam do systemu: pierś i po niej butla. Mały się najadał, był radosny, zaczął się rozwijać, bawić, reagować.

Tak więc – PIERŚ NIE ZA WSZELKĄ CENĘ.

Sorry Winnetou, ale laktacyjny terror, moje wyrzuty sumienia i lęki spieprzyły mi pierwszy okres macierzyństwa. To i skaza białkowa, bo Mały nie przyswajał dobrze ani mojego mleka, ani tego co mu podawaliśmy w butli raz na dobę.
Podziwiam wszystkie kobiety o żelaznej psychice i sile woli, które mogą siedzieć pierwsze 2 miesiące życia dziecka i je karmić bezustannie, bo po przepytaniu koleżanek dowiedziałam się, że po prostu TAK TO WYGLĄDA na początku. Później dziecko się przysysa na kwadrans i jest najedzone na trzy godziny. Wcześniej je na żądanie, co najczęściej jest jedzeniem non stop, może z 30-45min przerwą.
Obecnie Mały zgadza się (tak – a jego nie zgadzanie się jest bardzo donośne i nie do pomylenia z niczym) na pierś raz, maksymalnie dwa razy na dobę. Bardziej jest to kizi-mizi, tulenie, ciepło niż realne jedzenie. Ale zawsze coś tam wypije, bo pokarm dalej mam, choć wiele tego nie ma.

 c.d.n.

wtorek, 14 listopada 2017, miss_cotton

Polecane wpisy

Komentarze
2017/11/18 21:38:08
Mocno trzymam kciuki ;) najważniejsze to myśleć pozytywnie, a za rok będzie Pani to mile wspominać.. A w chwili wolnej zapraszam na nietylkomama1